Prawa zwierząt: czyli kruk krukowi łba nie urwie

W temacie „praw zwierząt” siedzę od dość dawna. W tym monitorowałem, w jaki sposób są (nie)przestrzegane w 40 okolicznych gminach. Jest tragedia. Zatem ostatnie szumy medialne z udziałem Dody w ogóle mnie nie dziwią.

Bezpośrednio to ujmę: prawo nie działa.
Obowiązek przeciwdziałania bezdomności zwierząt nałożono na gminy. Gminy działają na podstawie „rocznych programów”. Jeżeli program jest wadliwy, to zanim przetoczą się sprawy przez wszelkie instancje, po prostu staje się nieważny. Upływa mu „termin ważności”.

Ustawa o przeciwdziałaniu bezdomności zwierząt ma ogrom niedoskonałości, w tym jest w kilku miejscach niekonsekwentna wewnętrznie.

I co najważniejsze, „czynnik ludzki”. Za przestrzeganie prawa w końcu będzie odpowiadał jakiś człowiek. I z punktu widzenia gminy wygodnie jest „nie widzieć” bezdomnych zwierząt, albo jeśli jakoś „znikają” nielegalnie. Więc gmina nie ma żadnych powodów, żeby jakoś szczególnie sprawdzać warunki w schronisku. Byle było jak najtaniej. A i tak jest za drogo, więc najlepiej uchylać się od obowiązku wyłapywania bezdomnych zwierząt. A jeśli tego obowiązku się nie wykonuje, to te zwierzęta się rozmnażają. A jeśli się rozmnażają, to jest ich za dużo. I to szybko, bo jedna kotka może mieć rocznie 2-3 mioty, po 4-6 młodych.

„Kruk krukowi łba nie urwie…”
Teraz dwa łyki z praktyki. Wolontariusze jednej z organizacji w okolicy znajdują chorego/rannego bezdomnego kota. Kontaktują się z gminą. Zgodnie z przepisami, tak właśnie powinni zrobić, a gmina ma obowiązek zająć się bezdomnym zwierzęciem, np. zabrać je do schroniska. Tymczasem Pani z gminy …odmawia. Twierdzi, że „zgodnie z ich gminnym programem opieki nad zwierzętami, taką decyzję może podjąć tylko Pan Wójt, a Pana Wójta nie ma, będzie za dwa dni”. Wolontariusze w szoku. Ale skontaktowali się ze mną i pytają, czy to w ogóle możliwe, żeby coś takiego było „w programie”. Akurat znając inwencję radnych i gminnych radców prawnych wiem, że różne rzeczy są możliwe, ale nie w tym przypadku. To była jedna z gmin, które monitorowałem, zatem czytałem ich Program i byłem pewien, że nie ma takiego zapisu. Ba! Ja miałem w mojej dokumentacji zarówno sam program, jak i umowę z weterynarzem i schroniskiem! Zatem sprawdzam. I wiecie co się okazało? W dokumentach podany był numer telefonu, stanowisko, nawet nazwisko Pani odpowiedzialnej za zadania gminy z ochrony zwierząt. Konkretna osoba była wskazana jako odpowiedzialna za kontakt gminy ze schroniskiem. I to była ta sama Pani, która mówiła wolontariuszom, że nie ma takich uprawnień i „to musi Pan Wójt”. Wolontariusze tego nie zostawili. Zgłosili sprawę prokuraturze. Bo wiecie, to jest z jednej strony odmowa pomocy zwierzęciu przez osobę zobowiązaną prawem do udzielenia pomocy, co może być kwalifikowane jako znęcanie nad zwierzętami. Po drugie, to jest po prostu niedopełnienie obowiązków przez funkcjonariusza publicznego. Prawo (ustawa o ochronie zwierząt) oraz lokalna uchwała rady gminy, na konkretnego funkcjonariusza nałożyły obowiązki, a ten funkcjonariusz (w tym przypadku kobieta), tych obowiązków nie wykonuje.
I co? Nic. Prokuratura umorzyła sprawę. To jest nagminne, ze gdy chodzi o prawa zwierząt i o urzędników, to tak przeinacza się fakty i tak nagina prawo, żeby udawać, że nic się nie stało. Bo wiecie, skazanie urzędnika za umyślne przestępstwo, to koniec jego kariery. Osoba skazana nie może pełnić funkcji publicznych. Dla takiej osoby, to byłaby katastrofa, więc prawa jakiegoś bezdomnego kota się poświęca w imię ochrony człowieka przed konsekwencjami. I to się dzieje niemal zawsze, w całej Polsce, od niemal trzech dekad obowiązywania ustawy o ochronie zwierząt. Kruk krukowi łba nie urwie. Aż w końcu się przelewa i wjeżdża Doda, cała we łzach i zaskoczona, że to tak wygląda.
Nie podam o jaką gminę, ani o jaki rok chodzi, bo sprawę umorzono, jest więc „domniemanie niewinności”. Tymczasem w dokumentach z tamtego czasu i miejsca wskazana jest bardzo konkretna osoba.

Podsumowując
Prawo jest niedoskonałe, a na dodatek stosowane jest tak, żeby władzy nie działa się krzywda. Z jednej strony jest bezdomne zwierzę, a z drugiej urzędnik, osoba szanowana, ważna, może nawet Naczelnik w urzędzie gminy. W efekcie policja czy prokurator robi wszystko, żeby tak przekłamywać fakty i interpretować przepisy, żeby urzędnik nie ponosił konsekwencji za niedopełnianie obowiązków wobec bezdomnych zwierząt.
Na drugim biegunie są organizacje, które zachowują sie tak, jakby żyły z pokazywania cierpienia zwierząt. Nawet są przyłapywane, że robią po kilka zbiórek na to samo zwierzę, tylko podają różne imiona i miejsca pochodzenia, ale załączają nawet to samo zdjęcie z rentgena…

Kotek ze zdjęcia
Kotek ze zdjęcia jest z innego zgłoszenia niż opisane powyżej. Ten tarzał się na zmianę na jezdni, albo w ptasich odchodach. Straż Miejska wykorzystując nieprecyzyjne zapisy ustawy odmawiała początkowo interwencji.

Facebook