Kolejny unijny absurd. Tym razem Komisja Europejska wtyka nos w wędzenie. Niby nic dziwnego, bo zapach przyjemny dla wielu miłośników kulinariów, jednak ci szaleńcy chcą praktycznie uniemożliwić produkcję tradycyjnych wędlin. Tym razem nawet fanatyczni federaści dostrzegają, że coś jest nie tak.
Niby racja, ale obawiam się, że KE może potraktować to zbyt serio.
Pewnie wszyscy już wiecie o co chodzi. We wrześniu ma wejść w życie rozporządzenie Komisji Europejskiej, które nakłada na producentów ostrzejsze normy ilościowe dotyczące substancji smolistych. Chodzi m.in. o dopuszczalny poziom benzoapirenu, który dotychczas wynosił 5 mikrogramów na 1 kilogram, zaś zgodnie z nowymi przepisami ma on wynosić maksymalnie 2 mikrogramy. Spowoduje to, że wędzenie przy użyciu drewna stanie się praktycznie niemożliwe. W Necie to głośny temat. Warto zwrócić uwagę, że nawet najbardziej entuzjastyczni federaści widzą, że to absurd.
Wśród zaniepokojonych tą sytuacją znalazła się eurodeputowana z naszego okręgu, Elżbieta Łukacijewska (PO). Zwraca ona uwagę głównie na to, że „w przypadku wyrobów produkowanych tradycyjnymi sposobami, a więc w komorach opalanych drewnem spełnienie powyższych norm jest wręcz niemożliwe„. Zwraca się przy tym o „przeanalizowanie”, pyta o „możliwość odstępstwa dla wybranych produktów”, a także zapytuje o to czy będą konsultacje dla producentów, żeby mogli się dostosować.
Sytuacja wygląda wiec tak, że KE po raz kolejny pokazuje, jak jej ingerencja niszczy gospodarkę (w tym przypadku produkcję wędlin o wiele zdrowszych niż chemiczny chłam z marketów) , a podstawowym problemem europosłanki jest to, że „spełnienie norm będzie niemożliwe”. Nie to, że taka skala ingerencji jest oczywistym absurdem. Nie. Tylko to, że w tym przypadku posłanka wie, że zbankrutuje prawdopodobnie około 150 firm. Gdyby nawet spełnienie norm było możliwe/łatwiejsze, to zapewne i tak wiązałoby się z dodatkowymi kosztami. Być może zbankrutowałoby nie 150, a „tylko” 75 lokalnych firm? Z tego powodu zadałem na FB posłanki pytanie: „Czy gdyby spełnienie tych norm było możliwe, to nie byłoby problemu? Proszę o odpowiedź”. Odpowiedzi oczywiście się nie doczekałem. Jakich jeszcze zniszczeń musi dokonać unijna biurokracja, żeby federaści się opamiętali? Czy uniofile muszą poczuć na własnej skórze tę głupotę? Czy na przykład KE ma się dobrać do metod warzenia piwa przez regionalne browary, żeby problem zauważył pewien przemądrzały i bardzo prounijny „nadredaktor” z Krosna?
Ani Komisja Europejska, ani europosłowie nie mogą się szczegółowo znać na wszystkim, przez to ich ingerencja w gospodarkę będzie praktycznie zawsze szkodliwa. Możliwe, że pani Elżbieta poparła już mnóstwo absurdalnych pomysłów, które zniszczyły setki na nawet tysiące firm w całej Europie, tylko o tym nie wie, bo dotyczyło to drugiego krańca kontynentu? Skądś się bierze to bezrobocie w świetlanej Unii Europejskiej, prawda?
Brak komentarzy