Trafiłem na ciekawy filmik opublikowany przez polską Ambasadę w Londynie. Treść uderza w Rosję nazywając ją „papierowym niedźwiedziem”. W komentarzach już się zagotowało.
Filmik możecie zobaczyć tutaj (dopóki nie zniknie)
Przez dekady Rosja budowała obraz państwa, którego armia budzi respekt samą swoją obecnością. Na paradach oglądaliśmy nowe czołgi, nowoczesne samoloty, rakiety opisywane jako „nie do zatrzymania”, a komentatorzy powtarzali, że w starciu z Rosją europejskie armie nie miałyby większych szans. Wojna w Ukrainie stała się jednak brutalnym testem tego wizerunku. I właśnie stąd bierze się teza o „papierowym niedźwiedziu”.
Nie chodzi o twierdzenie, że Rosja jest słaba. Chodzi o to, że okazała się znacznie słabsza, niż sama o sobie mówiła. I jest znacznie słabsza, niż próbuje się nas straszyć.
Niebo, które miało należeć do Rosji
Jednym z najbardziej uderzających przykładów jest wojna w powietrzu. Na papierze Rosja dysponuje imponującym lotnictwem bojowym. W jej arsenale znajdują się m.in. myśliwce MiG-31 posiadające niesamowite radary i pociski powietrze-powietrze, które powinny zmieść Ukraińców. Tak wynika z tego, co jest na papierze. Według przedwojennych analiz Ukraina miała zostać pozbawiona zdolności do walki w powietrzu w ciągu pierwszych dni lub tygodni konfliktu. Tu się przyznaję, sam analizując scenariusze też zakładałem rosyjską dominację w powietrzu. Po prostu nie było wiarygodnych danych, które pozwoliłby przed 2022 zweryfikować (nie)skuteczność rosyjskiego lotnictwa.

Tymczasem po kilku latach wojny Ukraina nadal lata. Najpierw latała na starych MiG-ach-29 i Su-27 odziedziczonych po ZSRR. Później otrzymała ograniczoną liczbę F-16, które nie są najnowszymi wariantami tego samolotu. Do tego doszła symboliczna wręcz liczba francuskich Mirage 2000. A mimo to Rosja nie zdobyła pełnej dominacji w powietrzu. To powinno dawać do myślenia.
Bo jeśli rosyjskie lotnictwo ma problemy z przeciwnikiem wyposażonym głównie w sprzęt postsowiecki i bardzo, ale to bardzo niewielką liczbę zachodnich maszyn, to trudno bezkrytycznie przyjmować opowieści o błyskawicznym zdominowaniu sił NATO.
W hipotetycznym konflikcie Rosja nie mierzyłaby się przecież z kilkunastoma F-16. Musiałaby uwzględnić setki nowoczesnych samolotów, takich jak Rafale, Eurofighter czy F-35, wspieranych przez samoloty wczesnego ostrzegania, tankowce i rozbudowaną sieć rozpoznania. To wszystko jest o jedną, albo diw klasy wyżej niż samoloty, z którymi nie daje sobie rady Rosja. I w o wiele większych ilościach.
Czołg, który miał być postrachem świata
Podobnie wygląda sprawa z wojskami pancernymi. Przez lata rosyjski T-90 przedstawiano jako jeden z najlepszych czołgów świata. W niektórych przekazach wręcz jako konstrukcję przewyższającą zachodnie odpowiedniki. Pamiętam, że gdy tworzono w Polsce Wojska Obrony Terytorialnej, to ruskie trolle kpiły, że „T-90 ich rozjadą”. No cóż. W praktyce wojna pokazała obraz znacznie mniej imponujący.

Rosyjskie czołgi ponosiły bardzo wysokie straty, w tym niszczone przez odpowiedniki naszego WOT-u. Powracały też stare problemy konstrukcyjne związane z magazynowaniem amunicji w kadłubie. Gdy dochodziło do przebicia pancerza i detonacji zapasu amunicji, skutki dla załogi bywały katastrofalne. Załoga takiego czołgu po prostu ginie w pióropuszu ognia w wyrzucanej na wiele metrów w górę wieży.
Co istotne, Ukraina przez długi czas opierała obronę głównie na własnych zmodernizowanych T-64, T-72 i innych konstrukcjach postsowieckich. Otrzymała też zachodnie czołgi, ale ich liczba była naprawdę niewielka. Przykładowo dostawy amerykańskich M1 Abrams obejmowały zaledwie kilkadziesiąt maszyn i to w starszych wariantach!
Jeżeli Rosja ma mieć trudności z przełamaniem obrony opartej częściowo na starych T-72 i ograniczonej liczbie zachodnich czołgów, to skąd bierze się przekonanie, że setki nowoczesnych Abramsów (+ Leopardy i Czarne Pantery) w polskich siłach zbrojnych zostałyby „zmiecione w piętnaście minut”?
To nie oznacza, że Abrams jest niezniszczalny. Nie jest. Każdy czołg można zniszczyć. Problem polega na tym, że narracja o wszechpotężnej Rosji często ignoruje realne doświadczenia Rosji z pola walki.
Nie inaczej jest z systemami obrony przeciwlotniczej
Jeszcze kilka lat temu rosyjskie systemy przeciwlotnicze przedstawiano niemal jako technologiczną magię. S-300, S-400, według propagandy miały zamykać niebo przed wszystkim, włącznie z „niewidzialnymi” samolotami w technologii „stealth”. Rzeczywistość ponownie zweryfikowała.
Dobrym przykładem jest Iran. Przez lata irańska obrona przeciwlotnicza opierała się między innymi na rosyjskich systemach, które miały stanowić trzon ochrony najważniejszych obiektów strategicznych. Tymczasem amerykańskie i izraelskie operacje lotnicze pokazały, że systemy te nie są niezwyciężone. One są nieskutecznie. Też zaczyna się na „nie-„ ale znaczy jakby coś innego. Jeszcze bardziej kompromitująco wyglądał przypadek Wenezueli. Caracas przez lata kupowało od Rosji nowoczesne systemy S-300VM i Buk-M2, przedstawiając je jako gwarancję bezpieczeństwa przed amerykańską interwencją. I co? Amerykańskie lotnictwo działało praktycznie bez przeszkód, a rosyjska technologia, która miała odstraszać supermocarstwo, nie odegrała żadnej roli.

Co szczególnie ciekawe, przez lata zwolennicy rosyjskiej propagandy przekonywali, że S-300 czy S-400 są śmiertelnym zagrożeniem nawet dla najbardziej zaawansowanych zachodnich samolotów!
To zresztą szerszy problem rosyjskiego uzbrojenia. Na papierze wygląda imponująco. W materiałach promocyjnych jest praktycznie niepokonane. Ale kiedy przychodzi konfrontacja z dobrze przygotowanym przeciwnikiem, różnica między reklamą, a rzeczywistością okazuje się bardzo bolesna dla użytkowników.
Wielka armia, małe rezultaty
Najmocniejszym argumentem zwolenników tezy o „papierowym niedźwiedziu” nie są jednak pojedyncze samoloty czy czołgi. Przed 2022 rokiem wielu ekspertów przewidywało, że Ukraina może zostać pokonana w ciągu kilku tygodni. Rosja dysponowała większą populacją, większą gospodarką, większą armią i znacznie większym arsenałem, generalnie więcej „fire power”. Serio, poszukajcie sobie jak komentowano możliwości Rosji. Wielu ekspertów nie mówiło tyle o wojnie, co o tym, że „Rosja będzie miała problem z okupacją tak dużego terytorium”. Tacy ludzie jak Aleksander Kwaśniewski, nie mówili o tym, czy Ukraina ma szanse się obronić, tylko o tym, czy Rosja sobie poradzi z okupacją! Ja zakładałem, że możliwości Rosji są mocno przeszacowane, otwarcie twierdziłem, że „najdalej to dojdą do Dniepru i na pewno nie zdobędą Kijowa”. Ale szczerze pisząc, też przeszacowałem możliwości Rosji, po prostu nikt nie mógł sobie zdawać sprawy z faktycznej skali niekompetencji i korupcji w wojskach Federacji Rosyjskiej. Wiedziałem też, że ich uzbrojenie jest przereklamowane, ale też nie miałem pojęcia jak bardzo.
Minęły lata. Ukraina nadal istnieje jako państwo. Jej siły zbrojne nadal walczą. Rosja musiała przeprowadzać kolejne mobilizacje, odbudowywać sprzęt ze starych magazynów i przestawiać gospodarkę na tory wojenne. Tak, oni uzupełniają czołgi złomem który magazynowali pod gołym niebem. I nawet te zapasy się błyskawicznie kurczą. To nie wygląda jak obraz armii, która bez większego wysiłku pokonuje każdego przeciwnika.
Skąd bierze się mit „niezwyciężonej Rosji”?
Przez lata oceniano rosyjskie możliwości głównie na podstawie deklaracji. Tymczasem to wojna jest ostatecznym testem. A wojna w Ukrainie pokazała, że między rosyjskim marketingiem wojskowym, a rzeczywistymi zdolnościami istnieje przepaść. I nie tylko chodzi o realną wartość pojedynczych egzemplarzy uzbrojenia, ale też o zdolność do ich użycia w skoordynowany sposób, o realne możliwości bojowe.
Metafora o „papierowym niedźwiedziu” jest świetna. Owszem, Rosja pozostaje groźnym państwem. Ma broń jądrową, nadal ma ogromne zasoby ludzkie i przemysł zdolny do produkcji uzbrojenia na wielką skalę. Lekceważenie jej byłoby błędem. Ale równie dużym błędem jest bezkrytyczne powtarzanie opowieści o niezwyciężonej armii, która w kilka dni rozbije dowolnego przeciwnika, albo stanowi obecnie realne zagrożenie dla NATO.
Paradoksalnie mogę powiedzieć, że możemy czuć się bezpieczniej niż przed 2022. Dlatego, że nie zlekceważyliśmy zagrożenia. Do sił zbrojnych wprowadzany jest sprzęt pancerny (i inny lądowy) z najwyższej półki. podobnie jest z lotnictwem. Kosiniak-Kamysz już nie neguje sensu, on dumnie pozuje na tle maszyn, które uważał za niepotrzebne. Dopięto kwestię śmigłowców Apache. Sojusznicy zaczeli poważniej patrzeć na swoje zbrojenia, a do NATO dołączyły kolejne państwa. A po drugiej stronie? Rosja straciła ogrom sprzętu, w tym mnóstwo swoich najlepszych czołgów. To co było główną siłą Rosji, czyli „niekończąca się fala pancerna” zostało mocno przetrzebione. Mają trudności z uzupełnianiem strat na potrzeby walki z Ukrainą.
Poczucie bezpieczeństwa spadło. Jeszcze 10 lat temu wielu ludzi uważało wojnę w Europie za fikcję. Ruch Palikota postulował wręcz ciecia na zbrojeniach, „bo po co?” Wtedy większość społeczeństwa czuła się bezpiecznie, bo nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia. Ba! Przed 2014 jak ktoś mówiło zagrożeniu militarnym ze strony Rosji to był „rusofobem” i „wariatem”. Teraz okazało się, że „rusofoby” miały rację. Rosja jest agresywnym imperium, z krwawym dyktatorem na czele. To oznacza załamanie poczucia bezpieczeństwa. Dogmat o tym, że „nie będzie wojny w Europie” okazał się fikcją. Wojna jest, są u nas uchodźcy, a premier straszy atakiem Rosji na NATO. Ale z drugiej strony zmienił się balans sił. Rosja poniosła ogromne straty, a jej realna siła okazała się znacznie mniejsza niż „na papierze”. Dlatego jesteśmy bezpieczniejsi, bo zdajemy sobie sprawę z zagrożenia, dzięki temu jesteśmy lepiej przygotowani, a przez ostatnią dekadę dokonaliśmy skoku w zbrojeniach.
Poziom lęku wzrósł, ale realny poziom bezpieczeństwa również wzrósł.