Zima w kwietniu? Czy to normalne? Pewnie tak. Ciekawe tylko kiedy rządzący cwaniacy wpadną na pomysł dotowania emisji CO2 w celu ochrony klimatu przed globalnym ochłodzeniem?
„Kwiecień plecień, bo przeplata trochę zimy, trochę lata”, jak mawiali nasi przodkowie. Najwyraźniej zimowa aura w kwietniu nie była dla nich żadnym zaskoczeniem. Nas zaskakuje, wcześniej śnieg w kwietniu widziałem może ze dwa razy w życiu i były to za każdym razem przelotne opady. Ba, już marzec pamiętam zwykle jako miesiąc wiosenny, a nie zimowy. Na pewno nie to co można zobaczyć teraz, na przełomie marca i kwietnia w Polsce (ostatnio osobiście spotkałem się ze „śnieżnym Armagedonem na Śląsku w Małopolsce i Świętokrzyskim). To nie wszystko, takich zasp jakie mam pod domem w kwietniu mógłby pozazdrościć niejeden grudzień, styczeń czy luty. Czy pogoda zwariowała? Raczej nie. W końcu skądś się w ludowych powiedzeniach wzięło, że „W marcu jak garncu”, a „kwiecień plecień”. Najwidoczniej takie zjawiska występowały już kiedyś, a po prostu nasze pokolenie „dzieci lata” (że tak nawiążę do R. R. Martina) nie jest do tego przyzwyczajone.
Jak to drzewiej bywało…
Klimat wcale nie jest tak niezmienny jak by się wydawało. Nie trzeba sięgać do mamutów czy dinozaurów, wystarczy w miarę nieodległa historia: najpierw średniowieczne optimum klimatyczne, a później „mała epoka lodowcowa” (czyli MEL lub z angielskiego LIA).
MEL rozpoczęła się w średniowieczu, a zakończyła się dopiero około roku 1900… czyli z klimatologicznego punktu widzenia, dosłownie przed chwilą. Zatem, tyle co skończyła się „mała epoka lodowcowa”, a już w XX wieku podniesiono wrzask o „globalnym ociepleniu”, a nawet znaleźli się tacy, co uznali, ze niechybnie odpowiada za to „działalność człowieka”. I to pomimo, że w szkole uczą, iż żyjemy w stosunkowo krótkim okresie interglacjału (czasu pomiędzy zlodowaceniami), a w przeciągu ostatniego niespełna miliona lat, na terytorium dzisiejszej Polski aż czterokrotnie wdzierał się lądolód zajmując większą lub mniejsza część kraju. Cóż, zapewne 10 tysięcy lat temu wycofał się też z powodu działalności człowieka, nasi przodkowie rozpalali za dużo ognisk i w ten sposób zmienili klimat (żartuję oczywiście).
Zostawmy na chwilę mamuta Mańka w spokoju, wróćmy do MEL, której czas dziwnie zbiega się z Minimum Maundera, okresem małej aktywności słonecznej. Co ciekawe, w najbliższych latach prognozowane jest Minimum Landscheidta, czyli ponowny okres bardzo małej aktywności słonecznej, który może potrwać aż do 2060 roku. Pomimo, że będzie ono znacznie krótsze niż minimum z czasów „małej epoki lodowcowej”, to i tak można się spodziewać, że górskie lodowce zdążą zareagować i zwiększą swój zasięg w najbliższych dziesięcioleciach. Spodziewać się też można spadków temperatur czy …śniegu w kwietniu, podobnie jak w czasach naszych przodków, którzy ujęli ten fakt w ludowych przysłowiach. W ogóle ta Ziemia to ostatnio jakieś straszne zimne miejsce, glacjały trwają znacznie dłużej od interglacjałów, średniowieczne optimum klimatyczne, kiedy było cieplej, trwało stosunkowo krótko w porównaniu do „małej epoki lodowcowej”, a jak w XX wieku znowu na chwilę zrobiło się cieplej, to jacyś agenci Arktosa (bo jak to inaczej nazwać?) zaczęli biadolić o „globalnym ociepleniu”. Najśmieszniejsze jest to, że potrafią nawet twierdzić, że śnieżyca w kwietniu to „skutek globalnego ocieplenia”, urocze.
Milanković miał rację?
Nadal o uznanie walczy teoria „Cyklu Milankowica”, astrofizyka i geofizyka, który zwrócił uwagę na zależności zmian klimatycznych i orbity ziemi. Z jego wyliczeń wynika, ze od XXI wieku zacznie się okres ochłodzenia klimatu trwający nie 60 lat, a nawet 60 tysięcy lat, to dość czasu na kolejna ekspansję lądolodu, w skrócie: epoka lodowcowa i to niemała. Czy jego teoria ma sens? Glacjały z pewnością miały miejsce w przeszłości, zostało po nich sporo śladów, np. fiordy, Kraina Tysiąca Jezior czy pozostałości moren czołowych. Zapewne też miały jakieś przyczyny, czy ich źródłem mogło być choćby położenie Ziemi względem Słońca, czyli gwiazdy, która ma największy wpływ na pogodę i klimat na Ziemi? Milanković twierdził, że tak, ale nie przekonało to większości naukowców. Póki co dominuje straszenie globalnym ociepleniem, dopłaty do „czystej energii, która nie powoduje globalnego ocieplenia” itd.
Kto wie, może wkrótce cwaniacy z rządów wpadną na pomysł dotowania emisji CO2, w celu ochrony przed globalnym oziębieniem? W końcu CO2 to nie zanieczyszczenie, to gaz niezbędny dla życia, sprzyjający rozwojowi roślinności, a zatem i produkcji żywności. Zresztą ten CO2, który uwalniamy, to nic innego jak gaz wchłonięty przez prehistoryczne rośliny z atmosfery. Jeżeli jeszcze miałby chronić naszą, Europejską Cywilizację, przed lądolodem? Ktoś naprawdę przezorny oczywiście powie: „a co za 60 tysięcy lat? Wtedy przyjdzie ocieplenie i będzie za gorąco!!” No cóż, technologia produkcji tworzyw sztucznych i paliw z powietrza bogatego w CO2 już jest opracowana, jako technologia dla kolonistów, którzy mają budować bazy na Marsie. Przez 60 tysięcy lat na pewno zdołamy ją na tyle dopracować, tak by za 60 tysięcy lat, kolejny cwany rząd mógł dotować produkcję plastiku z powietrza, żeby zapobiec globalnemu ociepleniu oczywiście.


Brak komentarzy