Awantura o podpisy

„Matrix” ponownie w akcji. Na szczęście tym razem, sam się troszkę zdemaskował. Sposób prowadzenia obrad na ostatniej sesji Rady Miasta był już poniżej wszelkiej krytyki. Brakowało tylko bicia butem o mównicę. Zatem o co chodzi z tymi podpisami pod referendum?

Okazało się, że po przeliczeniu i odrzuceniu nieprawidłowych podpisów inicjatorom referendum w sprawie kasyna zabrakło ponad 200 osób popierających ten pomysł. Osobiście nie będę z tego powodu płakał bo byłem przeciwny temu pomysłowi (Referendum).

Temat referendum i kasyna był jednak bardzo atrakcyjny dla mediów. Przykładowo po zakończeniu głosowania nad pomysłem referendum, salę opuściło większość dziennikarzy, pomimo, że Rada zajmowała się jeszcze innymi uchwałami.

Dziś na blogu ponownie mała odtrutka na relacje rodem z „matrixa”, czyli spostrzeżenia naocznego świadka.

Prokurator się tym zajmie
„Niektóre media” w swojej relacji sugeruje, że podpisy były fałszowane. Na podkreślenie tego faktu, posługują się wyrwaną z kontekstu, okrojoną wypowiedzią przewodniczącego Rady, S. Słysia, w której zapowiada on zgłoszenie sprawy do prokuratury. Na szczęście w Internecie zamieszczono również film, ze wspominanymi słowami, gdzie możecie państwo upewnić się, że to nie do końca było tak, jak napisano. Słowa o prokuraturze nie były wypowiedziane na spokojnie, w ramach przedstawiania argumentacji, a padły na fali bardzo emocjonalnej wymiany zdań. Co więcej przewodniczący Słyś powiedział do jednego z radnych wręcz: „Pana wypowiedź praktycznie przesądza o tym, że te wątpliwe karty trafią do prokuratury” Czyli co to znaczy? Że pan przewodniczący wcale nie zamierzał zawiadamiać prokuratury o przestępstwie (chociaż ma taki obowiązek w związku z pełnioną funkcją, jeżeli zaszło podejrzenie popełnienia przestępstwa!), tylko niejako zrobi to w odwecie? Czy to jest forma szantażu/zastraszania? Czy może przewodniczący grozi radnym nieprzyjemnościami związanymi z przesłuchiwaniami, zarzutami chociaż jako doświadczony polityk, dawniej nawet lokalny przywódca Unii Wolności, kandydat do sejmu, weteran wielu wyborów, po prostu doskonale wie, że zawsze przy zbieraniu podpisów są błędy i uchybienia i zbierający właściwie nie są w stanie się tego ustrzec? Nieoficjalnie dowiedziałem się, że takich najbardziej wątpliwych kart było zaledwie …pięć.

„Ogrom uchybień”

Zarówno ze strony przeciwników referendum na sesji, jak i w relacjach „niektórych mediów” dało się wyczuć sugestie o jakiś ogromnych nadużyciach. „Prawie 800 nieprawidłowych podpisów!”, „nieprawdziwe PESELE”, „karty budzące wątpliwości”. Brzmi strasznie, prawda?
Tyle, że nikt nie potrafił powiedzieć ile jest tych naprawdę „budzących wątpliwości” podpisów. 5? 50? 500? A ile odrzucono z powodu drobnych formalnych uchybień? Możliwe nawet, że komisja wykazała się nadgorliwością, która jest gorsza wiadomo od czego. Skąd ta myśl? Podobno początkowo chciano odrzucać nawet podpisy gdzie adres podany był w taki sposób: „Powst. Warszawskich” albo „Boh. Westerplatte” bo „adres jest niepełny„.
Tak naprawdę mogło być bardzo wiele błędów, wcale nie wynikających ze złej woli, czy fałszowania, a ze zwykłych pomyłek. Niektórzy radni nawet o to pytali. Uważali, że powinno to być wyszczególnione, że rada te „budzące wątpliwości” podpisy powinna zobaczyć przed głosowaniem. Stanisław Słyś na to odpowiedział niezbyt grzecznie – Jak pan nie widział kart, to może się pan z nimi zapoznać – tyle, ze radni chyba woleliby zapoznać się przed głosowaniem. Zresztą inicjator referendum nie sprawdza poprawności podpisów, bo skąd ma wiedzieć jaki jest właściwy PESEL czy adres? Przecież grupa mieszkańców nie posiada takich danych ze spisu wyborców. Co więcej doszły mnie słuchy, że inicjatorom referendum odmawia się teraz możliwości wglądu w odrzucone podpisy i porównania danych, z tymi na wykonanych wcześniej kserokopiach. To tylko podsyca spiskowe teorie.

„Zwyczajowe” zawiadamianie

Na sesji poszło też o „zwyczajowe zawiadamianie”. Inicjatorom referendum zarzucono, że nie powiadomili mieszkańców o swoich zamiarach „w zwyczajowy sposób”. Wiceprzewodniczący Dudycz błysnął przy tym nawet twierdzeniem, że „ogłoszenie w kościele to nie jest zwyczajowe zawiadamianie w gminie Krosno”. Radny Kolanko za to tłumaczył, że chciano dać jeszcze ogłoszenia na tablicach, ale zarządca tablic (RCKP), nie przyjął ich z „braku miejsca”.

Jeżeli faktycznie RCKP nie przyjęło zlecenia, to jak zdaniem komisji, inicjatorzy mieli powiesić ogłoszenia na tablicach? Nielegalnie? Najwyraźniej tak. To zresztą chyba nic nowego, w czasie kampanii przed wyborami samorządowymi plakaty jedynego, słusznego komitetu (pamiętacie którego 😉  ) zakrywały wszystko inne na tablicach. Ktoś nimi zalepiał wszelką konkurencję, a także inne plakaty, niszcząc np. ogłoszenia opłacone przez prywatne firmy. Zarządca tablic (RCKP) był wobec tego procederu zupełnie bezradny. Pewnie zdaniem komisji referendalnej, inicjatorzy mieli zrobić to samo, co ci „nieznani sprawcy” przed wyborami?

Sprawa druga. Co to w ogóle znaczy „zwyczajowe zawiadamianie”? Doświadczenie pokazuje, że ze znaczeniem tego zwrotu jest poważny problem. Nieraz byłem już na różnych spotkaniach (rozprawy administracyjne, wyłożenie planu) gdzie mieszkańcy twierdzili, że nie zostali właściwie powiadomieni, że dowiadywali się o wszystkim zbyt późno, najczęściej nie ze strony urzędu, a pocztą pantoflową. Nie było informacji. Urzędnicy wtedy tłumaczyli, że przecież „zwyczajowo zawiadomili”, to znaczy: ogłosili na stronie internetowej i na tablicy, w budynku urzędu. I takie zawiadamianie jest w porządku zdaniem prawników z UM? Inicjatorzy referendum powiadomili mieszkańców występując w mediach i poprzez ogłoszenia w kościołach. W ten sposób dotarli do o wiele większej grupy niż „zwyczajowe zawiadamianie” przez Urząd w niejednej sprawie. Tymczasem komisja i specjaliści z UM stwierdzili, że nie powiadomiono „zwyczajowo”.

I rzecz trzecia. Czy pan Dudycz nie chodzi do kościoła? Czy naprawdę ogłoszenia w kościele nie są „zwyczajowym zawiadamianiem” w Krośnie? Przecież nawet Prezydent i UM wielokrotnie zawiadamiają mieszkańców właśnie poprzez kościelne ogłoszenia. Księża przekazują urzędowe informacje o możliwości uzyskania stypendium, o uroczystościach organizowanych przez Miasto, o zbiórkach charytatywnych, o pomocy dla powodzian itd. Jak można twierdzić, że nie ma takiego zwyczaju zawiadamiania w Krośnie?

Emocje, brak kultury, prowadzenie obrad poniżej krytyki

W czasie sesji emocje brały górą nad rozsądkiem radnych. Przewodniczący S. Słyś nad tym nie panował. Wręcz przeciwnie, prowokował radnych. Gdy dopuszczony do głosu (!) Kazimierz Mazur chciał spokojnie przedstawić swoje argumenty, pan przewodniczący przerywał mu, wchodził w słowo. Różne prowokacyjne zachowania ze strony przewodniczącego pojawiają się praktycznie na każdej sesji. Tak ma wyglądać prowadzenie obrad?
Na koniec sesji pan Słyś posunął się do personalnej wycieczki pod adresem radnego Janusza Hejnara. Przewodniczący stwierdził, że radny skarży się, że nie może zabierać głosu na sesji. Pan Słyś nie potrafił jednak powiedzieć, skąd ma takie  informacje, zaczął się wycofywać  i mówić „w Biurze Rady panu pokaże”.- Co mi pan chce pokazać? – pytał Hejnar – Tutaj proszę powiedzieć skąd ma pan tkaie informacje?  – dopytywał.

Inni radni zaczęli też pytać. Od przewodniczącego zażądano wyjaśnienia, czemu miała służyć jego wypowiedź, oraz czy pan przewodniczacy załatwia na sesji prywatne sprawy i w ogóle na jakiej podstawie dodał to pytanie do porządku obrad. Radni podkreślali, że przecież to była sesja nadzwyczajna, poświęcona tylko tym punktom, które były w programie (przewodniczącemu wytknięto, ze postępuje niezgodnie ze Statutem). Skąd zatem pytanie przewodniczącego i dlaczego przewodniczący nie prowadzi obrad, zgodnie z programem? Przewodniczacy nie odpowiedział nic konkretnego, ani grzecznego. Nie podał też żadnej podstawy do wprowadzenia tego dodatkowego punktu. – No tak, pogubiłem się – przyznał, a na kolejne pytania radnych rzucił tylko – Spieszy się panu? – i wkrótce zamknął obrady.

 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Facebook