Dziś wpis „szowinistyczny”. Trwa akcja promująca parytety na listach wyborczych oraz „głosowanie na kobiety”. Efektem może być jeszcze mniej kobiet w sejmie.
Niby wszystko pięknie, w imię „równouprawnienia”. Może się jednak odbić szanownym Paniom nieprzyjemną czkawką. Teoretycznie grupa osób, które chcą „zagłosować na kobietę” jest całkiem liczna. Problem w tym, że w większości przypadków jest to obwarowane zastrzeżeniem „w przypadku podobnych kompetencji”. Proszę nie zrozumieć mnie źle, nie uważam, że kobiety są mniej kompetentne, proszę czytać dalej. Jeżeli zgłoszonych zostanie 10 list wyborczych, to w naszym okręgu będziemy mieli do wyboru 220 kandydatów, z terenu rozciągniętego jak stąd po Przemyśl i Lubaczów. Czy ktokolwiek jest w stanie poznać życiorysy, kompetencje i poglądy tylu osób z tak rozległego terenu w czasie krótkiej kampanii wyborczej? Oczywiście nie. Dokonany wybór nie będzie nigdy w pełni racjonalny. Kandydatów będziemy mniej lub bardziej świadomie odrzucać, na podstawie różnych przesłanek.
Podświadoma reakcja
Co w takim razie z kompetencjami? Obowiązek umieszczania na listach określonej liczby kobiet może spowodować negatywny odbiór wśród wyborców: „jest na liście tylko dlatego, że jest kobietą, po prostu musieli umieścić jakąś kobietę, bo takie jest prawo” – to może być zupełnie podświadoma reakcja, jednak wykluczająca w oczach wyborcy kandydatów płci żeńskiej. Może łatwiej będzie to zrozumieć gdy sprawę na chwilę odwrócimy. Jest sobie taka partia – Partia Kobiet. Znana jest z tego, że na swoich listach miała w zasadzie same kobiety (poza nielicznymi rodzynkami). Jeżeli teraz ta partia wystawi listy, na których powiedzmy, że 35% stanowić będą mężczyźni, to jak to zostanie odebrane? Ano tak: „trafili tam nie ze względu na kompetencje, tylko dlatego, że partia musiała ich umieścić na liście, bo takie jest prawo”. Taka reakcja jest może nie do końca świadoma, ale wobec natłoku kandydatów, bardzo prawdopodobna.
Przykład skandynawski
Zwolennicy parytetów powołują się często na przykład krajów skandynawskich. No ale tam parytety nie są wymuszone ordynacją wyborczą. Partie same je dobrowolnie wytworzyły. Zatem nie ma tam zagrożenia wyżej wymienioną „podświadoma reakcją”. Przykład skandynawski jest zatem raczej słaby. Jeszcze gorzej jak ktoś próbuje dowodzić, że dobrobyt tych krajów bierze się z parytetów. Akurat współrządzona przez kobiety Islandia jest pogrążona w ciężkim kryzysie, a Norwegia czy Szwecja to kraje siedzące „na surowcach”. Zatem twierdzenie, że zawdzięczają dobrobyt kobietom u władzy jest równie absurdalne jak twierdzenie, że Arabia Saudyjska zawdzięcza swoje bogactwo pozbawieniu kobiet praw politycznych.
Głosy „na kobietę”
Oczywiście jest grono wyborców, którzy z pewnością zagłosują „na kobietę”. Zrobią to niezależnie od parytetu. Co to oznacza? Jeżeli wśród 22 nazwisk na liście będą 2 kobiety, to ci wyborcy podzielą głosy pomiędzy dwie kandydatki. Tym samym, jeżeli lista uzyska powiedzmy 3 mandaty, to jest duża szansa, że „głosy na kobietę” przesądzą o tym, że w”pierwszej trójce” znajdzie się jedna, a może nawet dwie kobiety. Jeżeli jednak na liście będzie 7 kobiet, to głosy „na kobietę” zostaną rozproszone. W efekcie z takiej listy do sejmu może wejść trzech mężczyzn.
Podsumowując, nie zdziwię się wcale, jeżeli dzięki parytetom okaże się, że w przyszłym sejmie będzie mniej kobiet niż obecnie.
Brak komentarzy