Jak można się bronić? To pytanie zadaję sobie po lekturze uzasadnienia jednego z wyroków wydanych przez Sąd Okręgowy w Krośnie. Okazuje się, że wiele okoliczności i wątpliwości może być zinterpretowane na niekorzyść osoby broniącej się.Taka sytuacja: pod Twój dom podchodzi agresywna grupa. Niszczą ogrodzenie, padają wyzwiska i groźby pozbawienia życia. Jeden z nich bezpośrednio atakuje. Jak możesz się bronić i co na to Sądy? Scenariusz zdarzenia nie jest wymyślony przeze mnie, relacjonuję ustalenia Sądów w sprawie spod Dukli.
W tym miejscu polecam ->> Klik w Reportaż w TTV z moim małym udziałem i komentarzem profesorów prawa.
Ustalenia Sądu Rejonowego są następujące: W nocy z 1 na 2 maja 2012 roku liczna grupa (w tym osoby pod wpływem alkoholu) podeszła pod posesję Grzegorza. Niektórzy z nich niszczyli ogrodzenie, wyrywali sztachety. Mieszkańcy: Grzegorz, jego matka i siostra wybiegli przed dom. Wtedy grupa stała się bardziej agresywna. Siostra Grzegorza pobiegła wezwać policję. Tymczasem sam Grzegorz podszedł do płotu. Jeden z napastników przeskoczył przez płot i zaczął wyzywać matkę Grzegorza, samemu Grzegorzowi zagroził, że go zabije. Według ustaleń sądu to Albert C. rzucił się do Grzegorza i zaczął szarpaninę. Wtedy też został uderzony przez Grzegorza sztachetą w głowę. Sąd przy tym stwierdził, że „grupa nie liczyła się z nikim i niczym”. Według ustaleń Sądu Grzegorz miał uderzyć sztachetą jeszcze dwa lub trzy razy nawet gdy tamten upadł. Z tego powodu Sąd uznał, że doszło do przekroczenia granic obrony koniecznej i chociaż odstąpił od wymierzenia kary ze względu na okoliczności łagodzące (w tym stan psychiczny Grzegorza) to zasądził 500 złotych zadośćuczynienia na rzecz poszkodowanego.
Inna, bardzo skrajna sytuacja z reportażu TVP. Więcej: Zwycięzca
Apelację od wyroku złożyła tylko obrona podkreślając, że podjęta przez Grzegorza obrona była współmierna do zagrożenia, a kolejne ciosy zadał gdy Albert podnosił się, czyli, że oskarżony nie uderzał leżącego. Apelację rozpatrywał Sąd Okręgowy, który wszystkie ustalenia Sądu pierwszej instancji uznał za prawidłowe, zdroworozsądkowe itd (wyłącznie pozytywne opinie, żadnych zastrzeżeń). Samą apelację Sąd Okręgowy uznał za „oczywiście bezzasadną”. To może jeszcze nie budziłoby kontrowersji, szczególnie, gdyby przyjąć, że Grzegorz sprał po głowie nieprzytomnego człowieka, który już nie stanowił dla niego zagrożenia. Uwaga, Sąd tak nie przyjął. Co więcej kilka stwierdzeń w uzasadnieniu wyroku Sądu Okręgowego jest dla mnie naprawdę niepokojących i sprawia, że nie wiem w jaki sposób można bronić się by pozostawało to zgodne z prawem.
Po pierwsze niepokoi mnie, że zdaniem Sądu Okręgowego tak łagodny wyrok dla Grzegorza spowodowany jest tylko jego indywidualnymi cechami psychologicznymi. Sąd wprost stwierdza, że w wypadku osoby „bardziej świadomej” wyrok powinien być inny. Zatem jako „osoba bardziej świadoma” zastanawiam się, w jaki sposób mogę się bronić w razie napaści, by moje działanie było bez zarzutu. W świetle uzasadnienia z Sądu Okręgowego trudno mi znaleźć odpowiedź na to pytanie.
Po drugie w uzasadnieniu napisano, że grupa chciała jedynie dokuczyć rodzinie Grzegorza oraz „wyszydzić czy zdenerwować oskarżonego, którego uważali za osobę dziwną”. Porównano też całe zajście do „niegroźnych zaczepek”. Proszę sobie przypomnieć jakie były niekwestionowane przez Sąd Okręgowy ustalenia Sądu Rejonowego czyli: grupa nie liczyła się z nikim i niczym, było niszczenie mienia i fizyczna napaść oraz groźby pozbawienia życia. Tak wyglądają „niegroźne zaczepki” i „wyśmiewanie”?
Po trzecie Sąd stwierdza, że Grzegorz nie powinien bić w głowę, a jedynie w kończyny. Cóż, takie teoretyczne rozważania można snuć po fakcie. Tam na miejscu zdarzenia zaatakowany raczej nie wiedział czy zaraz nie zaatakują go inne osoby z grupy, ani czy uderzenie „w kończyny” tylko nie rozzłości bardziej napastnika. Zresztą nie wiadomo czy w ogóle w sytuacji silnego stresu panował nad sobą i zastanawiał się w którą część ciała uderzać. Człowiek zaatakowany będzie starał się zawsze bronić jak najskuteczniej, tym co ma pod ręką. Jeżeli z tego ma być później robiony zarzut w Sądzie to chyba coś jest nie tak. Moim zdaniem nie można wymagać od osoby odpierającej bezpośredni atak na swoje zdrowie i życie, żeby „broniła się mniej”.
Po czwarte Sąd porównał chwyconą sztachetę (zresztą wg ustaleń Sądu Rejonowego wyrwaną przez napastników) do śmiercionośnego narzędzia. Właśnie użycie tego „śmiercionośnego narzędzia” wobec „niegroźnych zaczepek” miało świadczyć o niewspółmierności obrony. Znowu uważam jak powyżej: moim zdaniem nie można wymagać od osoby odpierającej bezpośredni atak na swoje zdrowie i życie, żeby „broniła się mniej”.
Po piąte Sąd nie kwestionuje, że broniący się zadał ciosy gdy napastnik się podnosił. Sąd jedynie stwierdza, że „chciał wstać by odejść”. Skąd ta pewność? Nie ma tego w uzasadnieniu. Skąd o tym miał wiedzieć broniący się? Ja sam byłem kiedyś w podobnej sytuacji. Od momentu jak dostałem „w zęby” nawet nie pamiętam jak się broniłem. Pamiętam dopiero napastnika, który próbuje się wyrwać, a którego trzymam za kołnierz kurtki i uderzam go w tył głowy. Takie uderzenie może być bardzo niebezpieczne, ale w stresie o tym nie myślałem. Chodziło tylko o wyeliminowanie zagrożenia. Napastnika to nie znokautowało, wyrwał się, ale nie po to, „żeby się oddalić”. Niemal natychmiast zaatakował znowu. Podobnie w innym przypadku, gdy wraz z kolegą zostałem zaatakowany przez czterech „dresów” za to, że nie byliśmy miejscowi. W pewnym momencie też napastnicy „oddalili się”, ale po to, żeby jak krzyczał jeden z nich: „kurwa, kamieniami ich!” Szczęśliwie wokół leżał śnieg, więc zdążyliśmy uciec zanim znaleźli kamienie.
Po szóste według Sądu Okręgowego „obrona ta winna być w sposób zdroworozsądkowy stosowana tak, by atak odeprzeć, ale nie wyrządzić przy tym zbędnej szkody napastnikowi”. Znowu jest to dla mnie określenie niejasne. W jaki sposób mam się bronić, by prokurator i Sędzia nie zrobili z tego zarzutu? Przecież nie jestem w stanie w 100% przewidzieć skutku zadanego napastnikowi uderzenia. On może się uchylić, a wtedy nic mu nie zrobię, może też oberwać, tak, że zrezygnuje z dalszej napaści. Jeśli jednak trafię go niefortunnie to mogę np. złamać mu nos. I co w takim przypadku? Zostanę oskarżony o „niewspółmierną obronę” i „wyrządzenie zbędnej szkody” bo „odparcie zamachu nie wymagało łamania nosa”?
Po siódme Sąd stwierdza, że „była wezwana policja”, wiec nie było potrzeby bicia napastnika deską po głowie. Według ustaleń Sądu Rejonowego, które Sąd Okręgowy uznał za całkowicie prawidłowe, Grzegorz był już fizycznie zaatakowany. Czy już sam fakt wezwania policji wykluczać ma możliwość obrony tym co jest pod ręką, przed fizyczną napaścią połączoną z groźbami pozbawienia życia?
Ktoś ma pomysł w jaki sposób się bronić? Czy dopuszczalne jest tylko użycie chwytów obezwładniających i nie ważne czy potrafisz je zastosować? Ba, możliwe, że ktoś wyszkolony w jujutsu (lub podobnych technikach) powinien bronić się jedną ręką, bo inaczej obrona będzie „niewspółmierna” wobec napastnika nie posiadającego takich umiejętności. I nie daj Boziu, żebyś przeciągnął dźwignię jakiemuś naćpanemu napastnikowi nie odczuwającemu bólu, bo z tego będzie zarzut uszkodzenia ciała… Tak, treść tego uzasadnienia mnie naprawdę zdumiewa i zastanawia. Jak możemy się bronić by sędziowie nie mieli zastrzeżeń?

Brak komentarzy