„Matrix” w mediach. Odcinek 2563

To już nie są kwestie braku informacji, ani weryfikowania informacji, tylko brak krytycznego myślenia, brak chęci do weryfikacji tezy, przy równoczesnej pogoni za sensacją, wyolbrzymianiem wydarzeń by „lepiej się klikało”. Media są już ciężko chore.

W ostatnich dniach w Krośnie i okolicy mieliśmy po prostu serię. Grzechy dziennikarstwa pojawiły się w mediach lokalnych, regionalnych (np. Radio Rzeszów), aż po ogólnopolski Onet. Z jednej strony dawano fałszywe poczucie bezpieczeństwa błędnymi komunikatami o ochronie na SOR, a z drugiej siano grozę niepotwierdzonymi opowieściami o agresywnej wobec ludzi, ale zarazem nieudolnej grupie wilków.

To przykłady jak powstają fałszywe narracje. Naprawdę nie trzeba wiele, wystarczy pośpiech i uzupełnianie niewiadomych „pod tezę” przyjętej narracji.

Sprawa ochrony SOR w Krośnie
W skrócie: Szpital publikuje oświadczenie w reakcji na ataki na medyków. W oświadczeniu Szpital informuje o mniej lub bardziej realnych działaniach jakie podjął, ale nie podaje zbyt wielu szczegółów, ani dat.

Czy to problem? Nie dla mediów! Media robią z tego oświadczenia „reakcję po styczniowych wydarzeniach”. Pojawia się narracja o „odpowiedzi na ostatnie ataki” i „teraz szpital zatrudnił ochronę na SOR”. Tak powstaje alternatywna rzeczywistość.

Wątek ochrony SOR pokazuje jak udało się połączyć kilka „grzechów głównych dziennikarstwa” naraz: nieczytanie ze zrozumieniem, mylenie pojęć, ignorowanie realiów i pominięcie chronologii zdarzeń.
Dziennikarze zamiast sprawdzić i zweryfikować informacje, dopowiedzieli sobie to co chcieli. Możliwe, że kolejne redakcji już tylko kopiowały od siebie, byle było szybciej. Tymczasem…

Stała ochrona na SOR to nie „grupa interwencyjna”
Szpital w swoim oświadczeniu poinformował o zawarciu umowy na grupę interwencyjną. To pojęcie dość precyzyjne, funkcjonujące w określonym kontekście prawnym i organizacyjnym. Grupa interwencyjna to nie to samo, co stała ochrona fizyczna obecna na SOR. A umowa z firmą na „patrol interwencyjny”, to nie to samo co „zatrudnienie ochrony przez szpital”.
Media jednak uznały, że nie ma potrzeby rozróżniać pojęć. „Grupa interwencyjna” została natychmiast przetłumaczona na bardziej medialne i lepiej brzmiące hasło: „szpital zatrudnił ochronę na SOR”.

Różnica? Fundamentalna. Ale tylko dla kogoś, kto rzeczywiście czyta ze zrozumieniem.
Grupa interwencyjna przyjeżdża po włączeniu alarmu. Wedle relacji pracowników trwa to 20-30 minut. „Zatrudnienie fizycznej ochrony na SOR” oznaczałoby stałą obecność ochroniarzy w obiekcie. A tego nie ma, nie było, ani nawet nie jest zapowiadane. skoro jest umowa na „patrol interwencyjny” to znaczy, że NIE ma ochrony na miejscu.

Data, której nie było — ale i tak ją dopisano
Co istotne, oświadczenie szpitala nie zawierało żadnej informacji o dacie zawarcia wspomnianej umowy! Tego faktu media nie tylko nie zauważyły, one go po prostu zignorowały, zastępując brak informacji własną narracją! W przekazach medialnych umowa (czy wręcz „zatrudnienie ochrony”) zaczęła funkcjonować jako reakcja na zdarzenie z 28/29 stycznia i działanie Szpitala podjęte „po atakach”. Biorąc pod uwagę datę oświadczenia, to decyzja i podpisanie samej umowy, musiało nastąpić przed 4 lutego.

Nie było na to żadnego potwierdzenia w treści oświadczenia. Ale skoro narracja „działań naprawczych po dramatycznych wydarzeniach” była wygodna, to fakty stały się zbędne.

Przetarg w tydzień? Dla mediów to żaden problem
Tu dochodzimy do momentu, który najlepiej obnaża skalę niekompetencji. Aby zawrzeć umowę na tego typu usługi, Szpital musi przejść procedurę: ogłoszenie postępowania, czas na oferty, ich ocenę, rozstrzygnięcie i dopiero potem podpisanie umowy. To nie jest proces, który da się zamknąć w kilka dni.

Nikt nie zadał nawet podstawowego pytania: jakim cudem przetarg, rozstrzygnięcie i podpisanie umowy miałyby się wydarzyć w tak krótkim czasie? Po prostu to się nie wydarzyło, to sobie media dopowiedziały.

Narracja zamiast faktów i logiki
W efekcie czytelnik dostał gotową historię: były ataki, Szpital zareagował, zatrudnił ochronę, sytuacja została opanowana… Problem w tym, że to nawet nie wynika z treści oświadczenia! To była bajka napisana przez dziennikarzy, którzy wypełnili swoimi domysłami niedopowiedzenia w oświadczeniu Szpitala. Żeby się klikało!

„Recepta”, która od roku nie leczy
No zaraz, ale przecież w oświadczeniu Szpitala jest mowa o umowie, prawda? Tylko o jakiej? O umowie z ubiegłego roku!
To element, który czyni medialną narrację szczególnie absurdalną. Umowa, o której wspomniał Szpital w swoim oświadczeniu, nie jest żadnym nowym rozwiązaniem. To umowa zawarta w zeszłym roku, funkcjonująca od miesięcy. I właśnie dlatego warto zadać pytanie, którego media nie zadały: skoro ta umowa już obowiązuje, to dlaczego problem wciąż istnieje?

Miniony rok funkcjonowania tej umowy dostarczył wystarczająco dużo materiału do oceny jej (nie)skuteczności. Ataki na personel nie zniknęły. Przeciwnie! Nadal się zdarzają, a personel pracuje w ciągłym poczuciu zagrożenia. Mimo to media opisały tę samą starą i nieskuteczną umowę jako: „nowe rozwiązanie”, „odpowiedź na eskalację przemocy”, „wzmocnienie bezpieczeństwa po ostatnich wydarzeniach”. Czyli dokładnie odwrotnie niż pokazuje rzeczywistość.

Stare rozwiązanie w nowym opakowaniu
W medialnej narracji rozwiązanie, które nie zadziałało przez rok, zostało zaprezentowane jako świeże, skuteczne i wdrażane „tu i teraz”. Nie padło ani jedno pytanie o: realny czas reakcji, brak stałej obecności ochrony, i to, dlaczego mimo umowy personel nadal jest narażony na przemoc. Bo to pytania niewygodne. A niewygodne pytania psują prostą historię o tym, że „ktoś wreszcie coś zrobił”. Dano fałszywe poczucie bezpieczeństwa, bo czytelnik dostaje sygnał, że problem został załatwiony.

Tymczasem problem wcale nie zniknął, a personel medyczny nadal funkcjonuje w warunkach, w których w sytuacji zagrożenia musi liczyć głównie na siebie, nie na systemowe zabezpieczenia.

To nie jest historia o tym, że szpital „coś zrobił” albo „czegoś nie zrobił”. To historia o tym, jak media wzięły stare rozwiązanie, zignorowały jego dotychczasową nieskuteczność, i „sprzedały” czytelnikom jako nową, skuteczną odpowiedź na realny problem.

O wilku mowa

Historia rzekomego ataku wilka w pow. brzozowskim to jeden z tych przypadków, w którym rzeczywistość była od początku bardzo niejasna. Media jednak uznały, że niejasność to wada, przecież można ją z powodzeniem zastąpić pewnością!

Cała historia zaczęła się od wpisu posła, który podał niesprawdzoną informację o ataku wilka. Nie była to relacja służb, nie był to komunikat instytucji, nie było żadnej ekspertyzy czy rzetelnego potwierdzenia. Była opowieść podana dalej, bo brzmiała dramatycznie. To już powinno zapalić czerwoną lampkę ostrzegawczą, ale zamiast tego zapaliła się ta od „gorącego tematu”. Lokalna Policja potwierdziła „przyjęcie zgłoszenia”. Nie potwierdziła, że sprawcą był wilk (albo cała wataha!), ani nie potwierdziła, że wersja poszkodowanego jest wiarygodna. Przyjęcie zgłoszenia naprawdę NIE jest potwierdzeniem zdarzenia. Tyle że ta różnica przestała mieć znaczenie w momencie, gdy informacja trafiła do redakcji…

W rękach mediów proces wyglądał tak: „poseł napisał na socialach” + „policja przyjęła zgłoszenie” = „wilk zaatakował, a policja potwierdza!” I nagłówek mamy gotowy!

Tymczasem ta bajka nie trzyma się kupy. Gdyby spróbować tę opowieść złożyć w całość, to pojawiają się oczywiste problemy: nietrzeźwy mężczyzna opowiadał, że obronił się gołymi rękami przed „atakami watahy wilków”, nie było świadków, nie było informacji o zbadaniu tropów na miejscu zdarzenia, a poszkodowany miał dodać jeszcze, że „dorosły wilk atakował, a młode obserwowały atak i się uczyły”.
Nie wygląda to zbyt wiarygodnie, ale zamiast ostrożności pojawiła się sensacja. Jeśli opowieść jest niespójna, to znaczy, że trzeba ją uprościć, a nie zweryfikować. Weryfikacja trwa, wymaga czasu, wysiłku, pracy. Uproszczenie daje się monetyzować: jest szybki efekt, oglądalność, kliknięcia i „lecimy dalej”, do następnej sensacji.
Zabezpieczono odzież poszkodowanego. Dzięki badaniu śladów, np. sierści, czy badaniu tropów (jeśli uda się ustalić miejsce zdarzenia) może uda się potwierdzić, albo wykluczyć udział wilka.
Może się okazać, że naprawdę ten człowiek gołymi rękami odparł atak watahy wilków. To będzie temat do prawdziwie sensacyjnych nagłówków.
Może się też okazać, że pogryzł go pies sąsiada. Pies nie był zaszczepiony, facet nie chciał robić koledze problemów, a że był nietrzeźwy to wpadł na „superpomysł”. Powiedział, że „walczył z wilczą watahą”. Jest taka opcja? Niby jest. Tylko czy to będzie temat na sensacyjny nagłówek? Mam taki pomysł: „Poseł zrobił gównoburze z niczego, dziennikarze się nabrali”. Pomysł oddaje za darmo. Zwłaszcza redakcjom, które straszyły bestiami z wyszczerzonymi zębiskami.

Bajka o złym wilku przeraża
Ta historia nie pokazuje, że „media się pomyliły”. Ona pokazuje, że niesprawdzona informacja od polityka wystarczyła jako źródło, a policyjne „przyjęliśmy zgłoszenie” zostało zamienione w „potwierdzamy atak”. Najgroźniejsze jest to, jak łatwo sensacyjny przekaz został stworzony, jak łatwo się rozszedł i że za taką nierzetelną pracę media dostają „nagrodę” w postaci Waszej uwagi, kliknięć, oglądalności reklam. W ten sposób „płacicie” mediom za to, że karmią Was ogłupiającą sensacją.

W świecie pogoni za „szybkim newsem” nie będzie lepiej.

Facebook