Fenomenalny sukces Platformy

Platforma Obywatelska po kilku miesiącach dezorientacji wraca do swojej najlepszej formy. W niebywale krótkim czasie odrobiła straty z kiepskiej kampanii prezydenckiej.  Przed PO zapewne kolejne wygrane wybory: najpierw samorządowe, a później parlamentarne. W czym tkwi sekret sukcesu? Skąd ten fenomen?

PO to partia, która weszła na scenę polityczną pod hasłami radykalnych zmian ustrojowych i obniżenia podatków. Obiecywano między innymi likwidację finansowania partii z budżetu oraz taką zmianę systemu wyborczego byśmy w wyborach do sejmu głosowali na osoby, a nie na partyjne listy. Przez ostatnie lata Platforma nie zrobiła właściwie nic w kierunku realizacji tych śmiałych planów, a wręcz odwrotnie. Wbrew obietnicom sama korzysta z dofinansowania z budżetu państwa, a w zamian funduje nam podwyżkę podatków. Jednak pomimo to odnosi kolejne fenomenalne sukcesy, przez cały sierpień poparcie dla PO nieustannie rosło by na początku września wg niektórych sondaży przekroczyć nawet 50%! Tego nie było chyba jeszcze nigdzie na świecie, w czasie ogłaszania podwyżki podatków poparcie dla partii rządzącej rośnie w lawinowy sposób.

Zdecydowana odmiana

To całkowita zmiana w skuteczności PO w porównaniu do fatalnej kampanii prezydenckiej, która o mało nie doprowadziła do upokarzającej porażki. Wtedy Platforma była jakby zdezorientowana, a jej działania często przypominały strzelanie we własną stopę i to z dwururki. Teraz po raz kolejny skuteczne okazały się wnioski wyciągnięte z „Folwarku Zwierzęcego” Georga Orwella i metoda straszenia „powrotem Jonesa”. W tym przypadku straszy się „Kaczorem” i  PiS, a do wywołania awantury posłużono się krzyżem przed pałacem prezydenckim. PO wykazała doskonałe wyczucie czasu i synchronizację. Ogłoszenie podwyżki VAT nastąpiło w tej samej chwili co szarpanina protestujących ze strażą miejską przy próbie przeniesienia krzyża. To, że uda się wywołać awanturę było pewne, przecież wcześniej PO dowiedziała się jak bardzo emocjonujący może być ten temat, gdy na polecenie prezydent Warszawy usuwano krzyże ustawione ku pamięci ofiar wypadków drogowych.

Czy żałoba się skończyła?

Widocznie dla wielu ludzi nie. Nawet, jeżeli sami jej nie odczuwamy to nie da się ukryć, że wciąż tysiące ludzi chcą przychodzić pod pałac prezydencki by zapalić znicz, złożyć kwiaty, pomodlić się. Tak samo w lipcu i Bronisław Komorowski nie mógł tego nie zauważyć. Właściwie trudno wykazać by w tych zachowaniach było coś niestosownego. Były to spontaniczne i bardzo propaństwowe reakcje ludzi, którzy chcieli oddać hołd przedstawicielom państwa, którzy zginęli w tragiczny sposób. Przynoszono tam zdjęcia ofiar, nie tylko pary prezydenckiej, przychodzili np. sportowcy oddający cześć prezesowi PKOl itd. W tych okolicznościach autorytarne twierdzenie, że „żałoba się skończyła” oraz dążenie do usunięcia krzyża i traktowanie, wg relacji świadków zdjęć, pamiątek itp. jak śmieci. Musiało doprowadzić do ostrego spięcia, już nawet nie o sam krzyż, a o to, że następnego dnia za zapalenie znicza przed pałacem można by zostać ukaranym „za zaśmiecanie” bo „żałoba się skończyła”. Pod krzyżem zebrali się ludzie którzy mają najwięcej wolnego czasu – głównie emeryci i bezrobotni, a jednocześnie ci co najbardziej emocjonalnie podchodzili do tematu. To w połączeniu z ich brakiem doświadczenia w kontaktach z mediami stało się idealnym materiałem na „news dnia” przez dobry miesiąc. Na tle takiego przeciwnika PO mogła się wykazać swoim dążeniem do kompromisu i zgody, które tylko prowadziło do zaogniania sytuacji. Bo jak potraktować „ceremonię ninja” potajemnie odsłaniających tablicę czy akcje „komandosów”, którzy porwali krzyż do kaplicy prezydenckiej w czasie gdy był już nienajgorszy pomysł na to by zabrać go na pielgrzymkę rodzin ofiar? Czy w ogóle był jakiś inny powód do usunięcia krzyża niż te trzy litery: VAT?

Stopniowo, z upływem czasu zapewne pod pałacem pojawiałoby się coraz mniej ludzi i zniczy. Można było zorganizować przyzwoitą ceremonie odsłonięcia tablicy upamiętniającej ofiary katastrofy na gmachu pałacu, po czym bez większych dyskusji przenieść krzyż do kościoła, choćby nawet miało to odbyć się 10 kwietnia 2011. Tylko po co? Żeby było spokojnie? Żeby media poddawały w wątpliwość sens podwyżek?

W czym to przeszkadzało?

Często pojawiał się zarzut, że krzyż to „samowola budowlana”, ten jednak nie był na stałe związany z gruntem. Na dobrą sprawę był ruchomością, którą codziennie, niczym wóz Drzymały można było teoretycznie przemieszczać o kilka metrów. Mówiono też, że „zasłania pałac”. Gdyby to była prawda to koniecznie ten fenomen zakrzywienia przestrzeni powinni zbadać specjaliści z NASA! Kto wie, może Polska w ten sposób przyczyniła się do przyspieszenia eksploracji kosmosu? Niestety, fotografie i nagrania z miejsca przed pałacem nie potwierdzają tych fantastycznych opowieści o „zasłonięciu pałacu”.

Czy o taką Irlandię chodziło?

Krzyż raczej w niczym nie przeszkadzał, za to znakomicie pomógł w medialnym zagłuszeniu niewygodnych informacji, o tym jak obiecujący obniżanie podatków politycy, właśnie je podnoszą.

Podwyżka nie jest znaczna, ale i tak przełoży się wprost na wzrost cen (przez to spadek popytu) i spowoduje komplikacje i koszty dla przedsiębiorców, którzy będą musieli np. zmienić kasy fiskalne. Niejedna firma, która ma już dziś nóż na gardle może takich eksperymentów nie wytrzymać. Z tego powodu wpływy z podatków mogą wcale nie wzrosnąć, a wręcz państwo poniesie koszta wzrostu bezrobocia.

Piotr Dymiński

Komentarze

komentarzy

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook