Europa dostała sraczki, bo AfD wygrała wybory w jednym landzie.

Spokojnie. Nie jest to jeszcze „przejęcie Niemiec przez neonazistów”. AfD dostała w Saksonii-Anhalt 43,8% głosów, ale nie ma samodzielnej większości. Zdobyła 39 z 83 mandatów, czyli zabrakło jej …trzech. Frekwencja wyniosła aż 77,8%. czyli o ponad 17 punktów więcej niż pięć lat wcześniej. Wysoki wynik przy wysokiej frekwencji to sygnał alarmowy. …ale czy dobrze odczytany?

To nie tak, że Niemczy, czy Saksonia-Anhalt nagle „stała się faszystowska”. To jeden z tych landów, gdzie „partie protestu” od lat mają mocny elektorat, a AfD od dawna osiągała tam wyniki znacznie wyższe niż w zachodnich Niemczech. Trend był widoczny od dawna. Teraz zdobyła prawie połowę głosów przy bardzo wysokiej frekwencji. Równolegle w sondażach ogólnokrajowych też jest obecnie na pierwszym miejscu albo bardzo blisko niego, ale z wynikami circa 27%.

Czyli jest głosowanie, i demokratyczny wynik, na który zwolennicy demokracji dostają rozwolnienia i reagują bardzo nerwowo.

No dobrze. To dlaczego AfD jest taka straszna?

Po pierwsze: „Bo jest prorosyjska”. Naprawdę?

Ale wiecie co? To AfD nie zbudowała Nord Stream. Nie uzależniła Niemiec od rosyjskiego gazu. Zrobiły to przez lata niemieckie elity związane z innymi partiami (…i to nawet przy sprzeciwie AfD…). Przede wszystkim robiły to kolejne rządy SPD i CDU/CSU. W 2020 roku aż 55%. niemieckiego importu gazu pochodziło z Rosji. Berlin przez lata uważał tani rosyjski gaz za fundament konkurencyjności niemieckiego przemysłu. Pozamykano nawet elektrownie atomowe, czemu sprzeciwiała się AfD. Gazociąg Nord Stream 2 był symbolem tej polityki. Rurociąg budowany w zasadzie po to, żeby w razie problemów z przesyłem przez Ukrainę nadal dostarczać ruski gaz do Niemiec. Dziś każdy widzi jakie to było niebezpieczne. Jeszcze 10 lat temu niemal wszyscy byli ślepi?

Gerhard Schröder (taki kanclerz Niemiec z SPD) po odejściu z urzędu dostał posadę w ruskim Gazpromie. Sama Angela Merkel przez lata broniła niemieckiej polityki energetycznej. Nord Stream 2 budowano za jej rządów. Ona osobiście negocjowała z prezydentem Bidenem zdjęcie sankcji z NS2 w 2021 roku! I doprowadziła do tego! Pomimo rosyjskiej agresji i aneksji Krymu, Niemcy i Rosja mogły robić biznesy nad głowami Ukrainy, Polski, Litwy, Łotwy, Estonii… Cały region został śmiertelnie zagrożony, a ja to wprost nazwałem już w lipcu 2021 roku „wystawieniem Ukrainy pod bicie”. Uderzenie nastąpiło kilka miesięcy później, w lutym 2022.

Putin naprawdę mógł liczyć, że energetyczne uzależnienie Niemiec pozwoli mu blokować europejską pomoc dla Ukrainy. Wystarczy przypomnieć sobie, jak bardzo Niemcy (nie)spieszyli się z pomocą. Wyglądało, że raczej czekają na upadek Kijowa.

Tu trzeba przypomnieć, że w 2022 roku polscy politycy wykonali ogromną robotę, żeby Ukraina nie została sama. Polska przekazywała broń i sprzęt, organizowała pomoc, przyjęła uchodźców, prowadziła intensywną kampanię dyplomatyczną i naciskała na zachodnich sojuszników, przede wszystkim na Niemcy, żeby wreszcie ruszyły dupę. Morawiecki (co by o nim nie myśleć) rozmawiał z przywódcami, naciskał na sankcje i dostawy uzbrojenia. Skala działania ze strony Polski tu mogła być czynnikiem nieprzewidzianym w rosyjskiej układance.

Wracając do gazu, to teraz mamy skutki. Wojna i sankcje, odbiły się negatywnie nie tylko na rosyjskiej, ale i na niemieckiej gospodarce. Nie można udawać, że Niemcy tego nie poczuli. Putin z pewnością na to właśnie liczył, że sankcje i pomoc Ukrainie będą zbyt kosztowne dla głównego gracza w Europie, czyli Niemiec, a to pozwoli Europę zniechęcić do działania.

Wojna trwa od kilku lat. Putinowi nie poszło zgodnie z planem, a teraz AfD wchodzi na scenę polityczną Niemiec jako nowy kluczowy aktor. Partia która mówi, że może jednak trzeba wrócić do biznesów z Rosją, „znormalizować” relacje. Agentura jak nic!

Ale, ale… czy trzeba do tego rosyjskiej agentury? Nie. Wystarczy dwadzieścia lat budowania społeczeństwa, które przyzwyczaiło się do taniej rosyjskiej energii, oraz gospodarki, która została pod tę energię ustawiona. To jest gotowy materiał wyborczy.

I żeby była jasność: ja tego nie usprawiedliwiam! Ja wyjaśniam ich perspektywę.

Już w 2021 roku pisałem (gdy Angela ogłaszała sukces w negocjacjach z Bidenem), że rezygnacja z sankcji wobec Nord Stream 2 i dalsze uzależnianie Niemiec od Rosji jest proszeniem się o katastrofę i że Ukraina zostaje wystawiona Putinowi do bicia. Tyle że wtedy nie robiła tego AfD, a SPD.

AfD dzisiaj próbuje politycznie skonsumować konsekwencje polityki, której sama nie stworzyła. Przez ponad dwie dekady wytworzono grunt pod taki program polityczny, więc taki (niebezpieczny!) program polityczny musi wyrosnąć. Jak nie pod szyldem AfD, to innym.

„Migranci muszą odejść!”

Do tego dochodzi migracja. Dla Niemców to nie jest już tylko kwestia kosztów czy trudnej integracji, ale także bezpieczeństwa. Czy problem jest realny, czy nadmuchany? Poszukałem danych. W 2025 roku osoby bez niemieckiego obywatelstwa stanowiły 42,9% policyjnych podejrzanych o przestępstwa z użyciem przemocy, choć stanowią około 15% mieszkańców (tak, 15% mieszkańców NIE MA obywatelstwa). Tak, to są podejrzani, a nie prawomocnie skazani, ale liczba nadal jest niepokojąca.

Do tego statystyka ma swoją lukę: liczy obywatelstwo, a nie pochodzenie. Człowiek z rodziny imigranckiej, ale urodzony już w Niemczech, figuruje w tej statystyce jako „Niemiec”, np. gdy dokona zamachu terrorystycznego. W 2025 roku ponad 31% mieszkańców Niemiec miało tzw. „tło migracyjne” (np. jednego rodzica, który przyjechał do Niemiec).

To oczywiście nie znaczy, że „wszyscy migranci są przestępcami”. Nadreprezentatywność migrantów wśród sprawców przestępstw z użyciem przemocy pokazuje jednak, że problem bezpieczeństwa, na którym AfD buduje swoją popularność, nie jest wyłącznie wymysłem. Jest realnym problemem, a wyborcy chcą, żeby ktoś ten problem rozwiązał. Mogą przy tym nie ufać partiom, które problem wygenerowały, a to daje nam wynik prawie 44% w Landzie, gdzie zawsze głosowanie przeciw głównym partiom było modne.

Historia i podejście do Polski

Niemcy oczywiście uczą się o Holokauście. Problem zaczyna się wtedy, kiedy takie samo słowo „okupacja” stosuje się zarówno do Polski, jak i innych krajów okupowanych, np. Francji czy Holandii.

Formalnie wszędzie była okupacja, w prawie całej Europie. Tylko że okupacja Polski nie była tym samym doświadczeniem co okupacja np. Francji.

W Polsce niemiecka polityka oznaczała między innymi planowe mordowanie elit, masowe egzekucje, pacyfikacje, masowe wysiedlenia, germanizację dzieci, niewolniczą pracę, systemowe niszczenie kultury i przygotowywanie przestrzeni pod kolonizację. Zagłada polskich Żydów była częścią tego niemieckiego systemu przemocy, ale nie jedyną. W innych krajach okupacja często oznaczała zachowanie kolaboracyjnych władz, lokalnych formacji siłowych czy nabór ochotników do SS.

I właśnie dlatego Niemcy mogą mieć zaskakująco płytką wiedzę o tym, czym była niemiecka okupacja Polski. To zresztą nie jest tylko moje wrażenie. Najnowsze badanie 22 niemieckich podręczników historii wykazało błędy i nieścisłości w przedstawianiu polskiej historii, choć autorzy podkreślają jednocześnie, że w ostatnich latach następuje pewna poprawa i coraz większe uwzględnianie polskiej perspektywy.

Na to nakłada się, że praktycznie każdy tam miał „dziadka w Wermachcie” (sami kucharze i muzycy z orkiestr!), a zbrodniarze po wojnie zostawali nawet cenionymi samorządowcami, czy sędziami. Wielu nie poniosło odpowiedzialności.

Mamy polityków, autorytety, publicystów po polskiej stronie, którzy nie widzą w tym problemu. Ja to widziałem na własne oczy w Krośnie. Kilka lat temu organizowano z niemieckim Edewecht, naszym miastem partnerskim, tzw. „Park Przyjaźni” (Prezydent Przytocki chciał nawet tak formalnie nazwać Park przy ul. Okrzei). Posadzono setki rododendronów z Edewechtu. Wszystko pięknie: młodzież, współpraca, Europa.

Tylko że miejsce, w którym je sadzono, było miejscem niemieckich egzekucji Polaków, a strony niemieckiej nawet o tym nie poinformowano. Władze Krosna wprost przyjęły stanowisko, że:

„Współpraca (…) opiera się nie na ‘rozdrapywaniu’ bolesnej historii, tylko na tworzeniu nowych, partnerskich relacji i patrzeniu w przyszłość.”

„Gazeta Wyborcza” nawet napisała, że to ciekawa inicjatywa, żeby na miejscu kaźni zrobić „park przyjaźni”. Może bym się z tym zgodził, gdyby w ogóle Niemców poinformowano, że to miejsce kaźni… Bez tego nawet nie wiedzą.

Ale wróćmy… Naprawdę? Historia jest zbyt bolesna, żeby o niej mówić? W tym samym czasie, kiedy w Krośnie sadziliśmy z Niemcami rododendrony na miejscu niemieckich egzekucji, w radzie naszej partnerskiej gminy Edewecht zasiadał przedstawiciel skrajnej partii NPD, człowiek, którego działalność budziła poważne kontrowersje i który podczas kampanii występował w charakterystycznej czapce stylizowanej na wojskowe nakrycia głowy z czasów III Rzeszy (bez insygniów, ale „mrugnięcie” do konkretnego elektoratu było bardzo wyraźne).

Minęło prawie dziesięć lat od tamtych wydarzeń, a inna partia, która ma w swoich szeregach ludzi relatywizujących niemiecką odpowiedzialność historyczną, która używa nacjonalistycznej narracji i która chce normalizacji stosunków z Rosją, zdobywa 43,8% głosów w niemieckim landzie.

I teraz dochodzimy do rzeczy naprawdę niepokojącej, nie do tego, że „Niemcy znowu są nazistami”. AfD po prostu może wykorzystać jednocześnie trzy rzeczy: gospodarczy rachunek za błędy poprzednich rządów, zmęczenie wojną i migracją oraz elementy zatrważającej niemieckiej niepamięci historycznej. I ta partia staje się największą siłą polityczną Niemiec. Ta partia wyrasta na podatnym gruncie, przygotowanym dekadami, więc tego nie da się łatwo wyrwać. W walce politycznej inne partie mogą wręcz zapożyczać elementy retoryki i programu, żeby zatrzymać odpływ wyborców. Bo wynik AfD rośnie także przez odpływ wyborców z innych partii. Zmiana tego trendu i teoretycznie spadek poparcia dla AfD może wcale nie być dobrym sygnałem, bo może oznaczać, że inne partie po prostu walczą o te samą niszę, podobnymi metodami.

Jeżeli Berlin kiedyś zdecyduje, że „czas dogadać się z Moskwą”, to po stronie niemieckiej wcale nie musi siedzieć ktoś z AfD. Politycy innych niemieckich partii też dobrze się dogadują z Rosjanami. Nie trzeba sięgać do paktu sprzed 87 lat. To przecież pokazała cudnie skorumpowana SPD w Meklemburgii-Pomorzu Przednim. Wiec, gdy już wezmą się do negocjacji, to obawiam się, że Polska nie będzie siedziała przy stole jako równorzędny uczestnik negocjacji, tak jak pominięto nas w 2021 roku.

Dlatego, ja nie obawiam sie akurat AfD. Obawiam się, że 44% wyborców w jednym niemieckim landzie pokazało, jak ogromny jest potencjał polityczny dla kilku groźnych pomysłów.

Można upraszać, nazywać „faszystami”, ale to nie jest zbyt mądre. Brakiem zrozumienia i obrażaniem można ich tylko wzmocnić i skonsolidować. Trzeba się zastanowić z czego ten elektorat powstał i przeciwdziałać przyczynom. Bez tego niemiecka polityka może pójść w złym kierunku, pod tym, lub pod innym szyldem. Szyld jest bez znaczenia. To tak jak z „akwarelistą” w latach 30-tych ubiegłego stulecia. On nie sprowadził jakiś nazistów z Księżyca, tylko trafił na podatny grunt, wykorzystał to, co w ludziach już było.

Fota z zasobów niemieckiej antify, protestującej dekadę temu przeciw wyborowi „neonazisty do rady gminy”.

Facebook