Dzięki rosyjskim prowokacjom NATO jest lepiej przygotowane. I o to chodzi?

Rosyjska rakieta spada na polskie pole. Nie na bazę wojskową, nie na miasto, nie na elektrownię. Na pole. Przez pewien czas można było mówić: wojna. Błąd. Zbłąkana rakieta. Nieszczęśliwy przypadek. Tyle że z każdym kolejnym szczegółem coraz trudniej utrzymać tę wersję.

Rosja ma silną tradycję szachową. Może więc zamiast za każdym razem pytać tylko, co Rosja właśnie zrobiła, warto zastanowić się, jaki ruch chce tym wymusić na przeciwniku.

Jeszcze przed najnowszym wywiadem z gen. Ireneuszem Nowakiem pojawiały się analizy wskazujące, że sposób zakończenia lotu i trajektoria pocisku bardziej przypominają zaplanowane skierowanie go w określone miejsce niż przypadkowe „zgubienie” celu. Teraz mamy znacznie mocniejszą przesłankę: Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych ocenił, w „80% pocisk został intencjonalnie skierowany na Polskę”. To niemal pewność. Analiza trasy pocisku nie wskazywała na alternatywny cel na Ukrainie.

Przyjmijmy więc roboczo najważniejsze założenie: Rosjanie celowo skierowali pocisk na polskie terytorium.

I właśnie wtedy warto zadać pytanie: po co?

Bo jeżeli chodziło o sprawdzenie, czy Polska potrafi wykryć rakietę i zareagować, odpowiedź już jest. Jeżeli chodziło o sprawdzenie procedur, również. Jeżeli chodziło o sprawdzenie, co stanie się po naruszeniu przestrzeni NATO, też wiemy. W sumie nic się nie stało, ambasador dostał ochrzan.

Ale może jest inny cel?

Na pierwszy rzut oka rosyjskie prowokacje wydają się strategicznym absurdem. Rosja narusza przestrzeń państwa NATO, więc państwo NATO wzmacnia obronę. Sojusz zwiększa gotowość. Kupuje radary, systemy antydronowe, rakiety, samoloty. Rozbudowuje obronę powietrzną. NATO dzięki prowokacjom jest lepiej przygotowane. Czyli Rosja sama pomaga NATO stać się silniejszym. Ostrzega nas przed swoimi możliwościami, traci element zaskoczenia.

Tylko że niekoniecznie chodzi o pokonanie NATO. Celem Rosji pozostaje przecież Ukraina. Rosja jest imperium prowadzącym długofalową ekspansję. Czasem zmuszona jest do wycofania się, ale przez całe stulecia ma stałe metody ekspansji, nie zależnie czy rządzi car, Stalin czy Putin. W szczytowym okresie zasięgu (grafika do tego felietonu) zajmowała około 16% lądów, w czasach ZSRR miała liczne podporządkowane satelity, aż po Berlin. Obecnie zajmuje 11% + silnie podporządkowana Białoruś. To nie jest przypadek, że ten kraj zajmuje ponad 10% wszystkich lądów. To skutek konsekwentnie realizowanej strategii pochłaniania terytorium.
I to jest strategia nie na jedną czy dwie kadencje, tylko na całe pokolenia. Na obecnym etapie NATO jest za silne i w moim przekonaniu nie będzie celem. W tej wojnie to ile sprzętu posiada Zachód staje się zatem drugorzędne, bo i tak to nie jest etap, w którym Rosja chce się konfrontować z NATO. Celem jest Ukraina, więc ważniejsze jest ile zasobów, zdolności produkcyjnych, NATO przekaże Ukrainie.

Rozgrywa się bardzo ciekawa gra

Obrona własnego nieba kosztuje. Polska przekazała Ukrainie ogromne ilości uzbrojenia. W przypadku obrony powietrznej chodziło między innymi o systemy rakietowe, ale również o sprzęt, którego znaczenie w obecnej wojnie okazało się zupełnie inne, niż jeszcze kilka lat temu zakładano.
Wojna dronowa pokazała, że do niszczenia tanich bezzałogowców nie zawsze ma sens używanie drogich rakiet czy myśliwców. Potrzebne są również tańsze, masowe środki obrony, w tym rozwiązania artyleryjskie i systemy wyspecjalizowane w zwalczaniu dronów. I Polska przekazała Ukrainie nie tylko lekkie pociski rakietowe Piorun/Grom, ale sporo broni lufowej 23mm i 57mm oraz samobieżne lufowe systemy OPL.
Sami mieliśmy nadal lukę w tanich środkach zwalczania dronów.

Po rosyjskiej operacji dronowej z ubiegłego roku Polska bardzo szybko zaczęła nadrabiać tę lukę. MON nazywa tamtą noc „momentem przełomowym dla budowy systemu SAN”. W styczniu 2026 roku podpisano umowy na 18 baterii SAN, które mają zapewnić wschodniej granicy zdolność niskokosztowego zwalczania bezzałogowych środków napadu powietrznego (to nowoczesny system złożony z kilku uzupełniających się rozwiązań, wart osobnego opisu).

To bardzo znamienne. Rosjanie wysyłają drony. My odpowiadamy budową systemu, który ma nas przed nimi chronić. I bardzo dobrze. Tylko że ten system kosztuje. Kosztuje pieniądze, sprzęt, ludzi, amunicję, logistykę, czas i zdolności produkcyjne. To powoduje, że określone zasoby muszą pozostać po naszej stronie granicy.

I tutaj rosyjska prowokacja może osiągać bardzo konkretny efekt. Wyobraźmy sobie, że Rosja regularnie pokazuje: „Nie możecie być pewni swojego nieba”.

Co robimy? Wzmacniamy obronę powietrzną! Co robimy po kolejnym incydencie? Wzmacniamy ją jeszcze bardziej. Po kolejnym? No właśnie. I nie można powiedzieć, że to nieracjonalne! Wręcz przeciwnie.

Jeżeli istnieje realne ryzyko rosyjskiego ataku na nasze terytorium, państwo ma obowiązek się bronić. A wiemy, że istnieje ryzyko. Pocisk, który uderzył w lubelskim niemal na pewno został skierowany tam celowo. Nie możemy powiedzieć: „My nie jesteśmy zagrożeni, wyślijmy broń Ukrainie”, bo wtedy, po kolejnym rosyjskim dronie czy rakiecie, ktoś zapyta: a czym mieliśmy bronić własnych obywateli? I będzie miał rację.

I właśnie dlatego rosyjska prowokacja może tworzyć dla Moskwy sytuację, w której im bardziej Zachód reaguje racjonalnie na zagrożenie, tym więcej własnych zasobów musi zatrzymywać u siebie.

To jest paradoks. Rosja nie musi niszczyć naszej broni, wystarczy, że zmusi nas do jej zatrzymania poza obszarem bezpośredniego konfliktu. Z punktu widzenia rosyjskich interesów ukraińska obrona dostaje mniej, niż mogłaby dostać bez rosyjskiej presji na terytorium NATO.

I dlatego celowe skierowanie rakiety na pusty polski teren może mieć sens nawet wtedy, gdy Rosja absolutnie nie planuje jutro wojny z NATO.

Rosja wcale tej wojny nie chce, ale chce, żebyśmy musieli się do niej przygotowywać. Głupie? Ale skoro działa, to nie jest głupie.

To jest test nie tylko naszej obrony. To jest test naszej jedności.

Bo pojawia się jeszcze jeden problem. Jeżeli takich incydentów będzie więcej, państwa NATO mogą zacząć inaczej oceniać ryzyko. Jedni powiedzą np.: „Musimy zareagować mocniej”, a inni, że „W sumie nic się nie stało, nie możemy eskalować”. Każda z tych odpowiedzi będzie miała swoją racjonalną podstawę, ale te małe prowokacje mogą być politycznie skuteczniejsze od jednego wielkiego ataku.

Wielki atak jednoczy, bo jest jasne, że musimy stanąć razem, przeciw zagrożeniu. Mały incydent dzieli, bo nawet nie wiadomo czy to był atak. Prowokacja? Czy przypadek? Czy odpowiadać? Jak odpowiadać? Każdy kraj zaczyna analizować swoje interesy i liczyć własne ryzyko, osobno.

Straszenie wojną?

Nie powinniśmy patrzeć na każdą rosyjską prowokację wyłącznie przez pytanie: „czy Rosja przygotowuje się do ataku na NATO?”

Rosja ma silną tradycję szachową. Z perspektywy Putina to długofalowa partia szachów, którą przejmie po nim następny przywódca. Patrząc na rosyjskie prowokacje, analizujmy do jakich ruchów Rosja chce nas tym skłonić, jakie będą skutki.

W szachach zaatakowanie figury nie musi oznaczać zamiaru jej zbicia. Czasem chodzi o zmuszenie przeciwnika do jej przesunięcia albo skierowania kolejnych figur do jej obrony.

Może podobnie należy patrzeć na rosyjskie prowokacje. Rakieta może spaść na puste pole. Rachunek za nią już nie. To koszt dodatkowych systemów, żołnierzy, amunicji i zasobów, które musimy ponieść. Rosja nie musi wygrać wyścigu zbrojeń z NATO, ale musi podnieść jego koszt dla NATO. A taki jeden „zbłąkany pocisk” podbija koszty niewspółmiernie.

Facebook