Sławomir Mentzen wywołał burzę, postulując przywrócenie poboru do wojska. Zbiegło się to z ostrzeżeniami polityków i wojskowych przed rosyjskim zagrożeniem, zapowiedziami przygotowywania kraju na wypadek wojny oraz publikacją badań, z których ma wynikać, że Polacy niekoniecznie garną się do walki z bronią w ręku.

I wtedy wkracza Mentzen z konkluzją: „jeśli nie chcecie walczyć w polskim wojsku, będziecie walczyć w rosyjskim, tak jak Polacy walczyli w armiach zaborców”.
W każdym z tych wątków znajdziemy fakty, argumenty, a nawet trafne obserwacje. Problem zaczyna się wtedy, gdy z prawdziwych przesłanek wyciągamy fałszywe wnioski, takie które nie wynikają z analizowanych faktów. To zresztą specjalność debaty publicznej: najpierw słusznie diagnozujemy problem, a potem z wielką pewnością siebie proponujemy rozwiązanie, które niekoniecznie ma z nim wiele wspólnego.
Spróbujmy więc uporządkować tę dyskusję.
Tak, Rosja nam zagraża
Tak, w długofalowej perspektywie Rosja stanowi zagrożenie dla Polski. Nie trzeba być generałem ani ekspertem od geopolityki, żeby rozumieć, że państwo prowadzące agresywną politykę imperialną, napadające na sąsiadów i traktujące siłę jako podstawowe narzędzie polityki, wymaga od nas poważnego podejścia do obronności.
Nie ma sensu zaklinać rzeczywistości. Polska musi być zdolna do obrony, a jej armia musi mieć odpowiednie wyposażenie, wyszkolenie, zapasy i rezerwy.
Ale z tego, że potrzebujemy silnej armii, nie wynika jeszcze, że powinniśmy przywrócić powszechny pobór. To mniej więcej tak, jakbyśmy z faktu, że potrzebujemy sprawnej służby zdrowia, wyciągali wniosek, że należy przymusowo kierować ludzi do pracy w szpitalach.
Cel może być słuszny. Nie oznacza to, że każde narzędzie prowadzące do jego realizacji jest równie dobre.
Generał, Korwin-Mikke i armia, która potrzebuje rezerw
Dyskusję zaogniła wypowiedź generała Wiesława Kukuły, interpretowana jako ostrzeżenie przed skalą przyszłych strat i koniecznością uzupełniania stanów osobowych wojska. Później pojawiły się wyjaśnienia i zastrzeżenia dotyczące tego, co właściwie generał powiedział i miał na myśli.
Janusz Korwin-Mikke postanowił odczytać jego słowa w najbardziej katastroficzny sposób: „skoro generał w taki sposób mówi o potrzebie rezerw, to najwyraźniej zakłada, że wszyscy obecni żołnierze zginą i trzeba będzie ich zastąpić”. Tyle że to publicystyczna nadinterpretacja.
Armia potrzebuje rezerw nie tylko dlatego, że ponosi straty. Potrzebuje ich również po to, by rozwinąć swoje jednostki na czas wojny, uzupełnić etaty, wystawić dodatkowe pododdziały, rotować żołnierzy, zabezpieczyć logistykę i utrzymać zdolność do działania przez dłuższy czas. Wojsko w czasie pokoju i wojsko rozwinięte na czas wojny to nie ta sama liczba ludzi.
Można więc uznawać potrzebę rozbudowy rezerw, nie zakładając jednocześnie, że czeka nas rzeź, w której zginą wszyscy zawodowi żołnierze. Naprawdę! To akurat nie jest szczególnie skomplikowane.
Potrzebujemy pół miliona ludzi. Ale niekoniecznie pół miliona poborowych
W dyskusji o obronności często pojawiają się liczby rzędu 500–600 tysięcy ludzi, uwzględniające wojska operacyjne, Wojska Obrony Terytorialnej oraz rezerwy potrzebne do rozwinięcia sił zbrojnych. Trzeba przy tym pamiętać, że takie liczby mogą oznaczać różne kategorie personelu i różne stany mobilizacyjne. Nie należy ich traktować jak jednej, bezdyskusyjnej liczby etatów do obsadzenia.
Sam uważam, że powinniśmy myśleć o jeszcze większej zdolności do obrony terytorium kraju. Szczególnie, że nie chodzi wyłącznie o zatrzymanie rosyjskich czołgów na wschodniej granicy.
Nowoczesna wojna to również drony, sabotaż, rozpoznanie, ataki na infrastrukturę krytyczną, zakłócenia łączności i uderzenia na zaplecze. Nie można zakładać, że jeśli ktoś mieszka na Dolnym Śląsku albo w Wielkopolsce, to w razie wojny będzie bezpieczny tylko dlatego, że daleko mu do granicy.
Dlatego widziałbym sens w rozbudowie sieci lokalnych zdolności obronnych, w tym WOT. Można rozważyć tworzenie dodatkowych, terytorialnych brygad o uproszczonej strukturze, nazwijmy je roboczo „Brygadami B”, przeznaczonych do ochrony obiektów, reagowania na dywersję, wsparcia obrony przeciwlotniczej i przeciwdziałania dronom na zapleczu.
Nie każda taka jednostka musi mieć identyczną strukturę jak brygada w województwie „frotowym” (np. na Podkarpaciu), a przeznaczona potencjalnie do walki z przeciwnikiem na głównym kierunku operacyjnym. Jej skład powinien wynikać z zadań, terenu, dostępnego wyposażenia i rzeczywistych potrzeb.
Ale właśnie o to chodzi: budujmy realne zdolności obronne, zamiast fetyszyzować samą liczbę ludzi w mundurach.
Polacy nie chcą walczyć? A może nie wiedzą o co ich pytamy?
W dyskusji przywoływane są również badania opinii publicznej, w tym sondaże dotyczące gotowości Polaków do walki z bronią w ręku. Wyniki takich badań należy czytać uważnie, sprawdzając dokładne pytania, odpowiedzi i metodologię.
Nawet jeżeli znaczna część respondentów deklaruje, że nie poszłaby walczyć z bronią w ręku, nie oznacza to automatycznie, że nie chce bronić kraju.
Wyobraźmy sobie człowieka, który nigdy nie przeszedł wojskowego szkolenia. Nie wie, jak posługiwać się bronią, nie zna procedur, nie potrafi obsługiwać sprzętu wojskowego. Ktoś pyta go nagle: czy w razie wojny weźmiesz karabin i pójdziesz walczyć?
Odpowiada: „nie”.
I co właściwie z tego wynika? Że jest tchórzem? Że nie zależy mu na Polsce? A może po prostu wie, że nie ma kwalifikacji do zadania, o które go zapytano?
Niechęć do bezpośredniej walki nie jest tym samym co niechęć do obrony kraju. Wojsko potrzebuje przecież nie tylko piechoty. Potrzebuje kierowców, mechaników, informatyków, specjalistów od łączności, techników lotniczych, personelu medycznego, logistyków i ludzi zdolnych utrzymywać infrastrukturę w działaniu.
Kierowca ciężarówki może mieć dla armii większą wartość jako kierowca niż jako niedoszkolony strzelec. Technik może być bardziej potrzebny przy obsłudze sprzętu niż w okopie. Informatyk może wspierać działania, których skutki będą równie istotne jak praca żołnierza na pierwszej linii.
Czy brak deklaracji, że ktoś chce walczyć z karabinem w ręku, oznacza brak gotowości do wspierania wysiłku obronnego w mundurze? Oczywiście, że nie.
Dziura pokoleniowa to nie argument za przymusem
Mamy realny problem z rezerwami. Nie da się jednak wrzucić wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek przeszli szkolenie wojskowe, do jednej kategorii i uznać, że mamy gotową armię rezerwową.
Rezerwiści wyszkoleni jeszcze w PRL często znają procedury i realia służby, które nie przystają do dzisiejszego pola walki. Dochodzi do tego wiek, kondycja fizyczna i brak doświadczenia z nowoczesnym wyposażeniem.
Rezerwa z lat dziewięćdziesiątych powstawała w warunkach ograniczania liczebności armii i przemian organizacyjnych. Kolejne roczniki przechodziły szkolenie już w ramach struktur NATO, ale część z nich również zdobywała umiejętności na sprzęcie i według procedur, które wymagają aktualizacji.
Następnie przyszła luka pokoleniowa związana z zawieszeniem poboru. Przez lata kolejne roczniki nie przechodziły powszechnego szkolenia wojskowego.
To właśnie ludzie, którzy nie mają za sobą żadnego przeszkolenia, mogą częściej odpowiadać (i odpowiadaja!), że nie chcieliby walczyć z bronią w ręku. I trudno się temu dziwić.
Nie można najpierw nie dawać ludziom możliwości zdobycia umiejętności, a później traktować ich brak pewności siebie jako dowód na społeczną nieodpowiedzialność.
Rezerwy trzeba odbudować. Pytanie brzmi: czy najlepiej zrobić to przez przymusowe wcielanie całych roczników, czy przez dobrze zorganizowany system szkoleń, który pozwoli ludziom zdobyć konkretne kwalifikacje i rzeczywiście przygotuje ich do służby?
Ochotnik to nie poborowy
W tym miejscu dochodzimy do zasadniczej różnicy między armią ochotniczą a armią opartą na przymusowym poborze.
Ochotnik wie, że podejmuje zobowiązanie. Ma świadomość, że czekają go niewygody, wysiłek, dyscyplina i ryzyko. Sam zdecydował, że chce się tego podjąć. Nie oznacza to, że każdy ochotnik będzie świetnym żołnierzem ani że każdy poborowy będzie złym. Oznacza jednak, że motywacja jest zasobem, którego nie wolno lekceważyć.
Na wojnie liczą się nie tylko mięśnie i umiejętność obsługi broni. Liczy się odporność psychiczna, zdolność do działania pod presją, zaufanie do dowódców i kolegów oraz gotowość do znoszenia warunków, których większość ludzi nie chciałaby dobrowolnie doświadczać.
Przymus może dostarczyć państwu ludzi. Nie gwarantuje, że dostarczy mu dobrych żołnierzy.
Co więcej, pobór to nie tylko koszt szkolenia. To także konieczność rozbudowy aparatu przymusu, infrastruktury, zakwaterowania, zaplecza szkoleniowego, kadry instruktorskiej i całego aparatu administracyjnego. Ludzi trzeba nie tylko powołać, ale też sensownie przeszkolić, wyposażyć i przypisać do konkretnych zadań.
Jeśli nie mamy dla nich odpowiedniego sprzętu, instruktorów i programu szkolenia, przymusowe wcielenie nie rozwiąże problemu. Jedynie przeniesie go z tabelki w ministerstwie do koszar.
Nie tylko karabin
Od 2022 roku rozwijany jest system dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej i innych form szkolenia. To kierunek, który warto wzmacniać, choć jego skuteczność trzeba oceniać na podstawie rzeczywistych wyników, liczby przeszkolonych ludzi, ich kwalifikacji i tego, ilu z nich pozostaje w systemie rezerw.
Nie możemy zakładać, że każda osoba, która zgłasza się na szkolenie, zasili rezerwy. Część wybiera służbę zawodową, część rezygnuje, inni mogą zdobywać kwalifikacje przydatne w innych formach obronności. Tym bardziej potrzebujemy systemu, który nie tylko rekrutuje, ale również zatrzymuje wyszkolonych ludzi.
Warto rozwijać szkolenia wojskowe, kursy pierwszej pomocy, obsługi dronów, łączności, logistyki i reagowania kryzysowego. Warto tworzyć warunki, w których można zdobyć konkretne kompetencje i połączyć je z pracą zawodową. Warto rozbudowywać WOT i ćwiczyć współpracę wojska z lokalnymi społecznościami.
A przy okazji: w obronności nie ma sensu marnować potencjału połowy społeczeństwa. Kobiety mogą z powodzeniem służyć w wielu specjalnościach wojskowych i wspierać obronę terytorium. Nie ma powodu, by z góry zakładać, że określone zadania, takie jak obsługa systemów wykrywania dronów czy łączności, są domeną wyłącznie mężczyzn. Liczą się kwalifikacje, wyszkolenie i zdolność do wykonania zadania. W wielu kwestiach na dzisiejszym polu walki kobieta nie będzie ustępować mężczyźnie, a w niektórych ma nawet atuty. Tak, drobniejsza budowa w niektórych przypadkach jest zaletą.
Jeżeli potrzebujemy więcej ludzi do ochrony zaplecza, zabezpieczenia infrastruktury czy obsługi systemów technicznych, powinniśmy szukać kompetencji tam, gdzie one są. Więc, tu kieruje pytanie do zwolenniczek przymusu: szanowna Pani, dlaczego pobór tylko dla mężczyzn, hm?
Demokracja kończy się tam, gdzie zaczyna się cudzy obowiązek?
Są jeszcze sondaże, z których wynika, że część Polaków popiera przywrócenie poboru. To interesujące, ale nie rozstrzyga sprawy. Poparcie dla przymusu mierzone w ankiecie nie jest tym samym co gotowość do poddania mu własnego życia.
I tu dochodzimy do kwestii zasadniczej.
Szczególnie przykre jest to, gdy za przymusowym poborem opowiadają się ludzie, których on sam nie obejmie. Łatwo postulować, że państwo powinno wysłać młodych ludzi do koszar, kiedy samemu nie trzeba będzie przerywać nauki, odkładać planów zawodowych ani ryzykować zdrowia i życia.
Państwo może oczywiście nakładać na obywateli obowiązki. Obrona kraju nie jest kwestią wyłącznie prywatnego interesu, a bezpieczeństwo wspólnoty wymaga czasem poświęceń. Nie oznacza to jednak, że każdy przymus staje się uzasadniony tylko dlatego, że powołujemy się na patriotyzm.
Pobór oznacza, że państwo przejmuje kontrolę nad istotną częścią życia człowieka: jego czasem, pracą, miejscem pobytu, a w warunkach wojny także bezpieczeństwem. To nie jest drobna danina, ani kolejny formularz do wypełnienia.
Jeżeli ktoś uważa, że młody człowiek powinien zostać zmuszony do służby wojskowej, powinien umieć wyjaśnić, dlaczego nie wystarczą rozwiązania dobrowolne, jakie konkretnie braki mają zostać w ten sposób uzupełnione i czy państwo rzeczywiście potrafi sensownie wykorzystać przymusowo pozyskanych ludzi.
Inaczej mamy do czynienia nie z poważną strategią obronną, lecz z przekonaniem, że cudzym kosztem zawsze można zrobić coś dobrego.
„Jego ciało, jego sprawa” — chyba że akurat chodzi o pobór?
W debacie o wolności osobistej lubimy mówić, że człowiek powinien sam decydować o swoim życiu, ciele i przyszłości. Te zasady okazują się jednak zaskakująco elastyczne, gdy przychodzi do dyskusji o obowiązkach nakładanych na innych.
Można przecież jednocześnie popierać równe szanse kobiet i mężczyzn, domagać się większej reprezentacji kobiet w zarządach i radach nadzorczych, a zarazem uważać, że młodych mężczyzn należy przymusowo kierować do służby wojskowej. Tyle że trudno nie zauważyć napięcia między tymi postulatami.
Jeżeli uznajemy, że płeć nie powinna ograniczać możliwości podejmowania decyzji o własnym życiu, to powinniśmy ostrożnie podchodzić również do sytuacji, w której płeć staje się podstawą przymusowego odbierania tej możliwości.
Nie chodzi o to, by ignorować różnice biologiczne czy specyfikę zadań wojskowych. Chodzi o zasadę: przymus powinien być ostatecznością, a nie pierwszym odruchem państwa, które nie potrafi zorganizować skutecznego systemu ochotniczego.
Nie pobór, tylko sprawna obrona
Nie twierdzę, że system ochotniczy rozwiązuje wszystkie problemy. Nie twierdzę też, że Polska nie powinna szkolić rezerw ani przygotowywać obywateli na wypadek wojny. Przeciwnie: musimy robić to znacznie lepiej niż dotychczas.
Potrzebujemy licznej armii zawodowej, dobrze wyszkolonych rezerw, rozbudowanego WOT, sprawnej logistyki, nowoczesnego sprzętu i systemu szkoleń, który pozwoli szybko zwiększać zdolności obronne. Potrzebujemy też rzetelnej informacji o tym, ilu ludzi rzeczywiście potrafimy przeszkolić i wyposażyć, a ilu jedynie wpisujemy do ewidencji.
W tym kontekście bliskie jest mi stanowisko generała Romana Polki, który w dyskusjach o obronności podkreślał znaczenie profesjonalnego przygotowania żołnierzy i rozwijania systemu szkolenia. Zanim jednak przypiszemy mu konkretną wypowiedź dotyczącą obecnej debaty, warto zweryfikować jej dokładne brzmienie.
Wniosek pozostaje prosty: jeśli ludzie chcą się szkolić, trzeba im to ułatwiać. Jeśli chcą służyć, należy stworzyć im warunki. Jeśli brakuje rezerw, trzeba je odbudować. Jeśli potrzebujemy obrony terytorialnej, należy rozwijać ją tam, gdzie rzeczywiście jest potrzebna.
Ale nie zaczynajmy od stwierdzenia, że skoro państwo ma problem, to trzeba przymusowo zagospodarować obywateli.
Bo silna armia to nie jest armia, która potrafi zmusić najwięcej ludzi do założenia munduru. To armia, która potrafi skutecznie obronić kraj.
A państwo, które chce być warte obrony, powinno umieć przekonać obywateli, że warto go bronić, a nie tylko przypominać im, że w razie potrzeby nie będzie pytać ich o zdanie.