Ożywanie rynku w stylu CDS

Dwa czy trzy elementy potrafiły zepsuć mi ostatnią „Noc Muzeów” w Krośnie. Wielka radość z przepalenia 20 milionów bez efektu, rozpacz nad wymiecionymi biznesami, ślepota na występujący związek pomiędzy tymi dwoma zjawiskami, biadolenie na głównego sponsora kultury (czyli na kapitalizm), a wszystko doprawione szokiem i niedowierzaniem, że na wschodzie jest wojna trwająca wszak od 8 lat. Momentami czułem się jak wśród kosmitów…

Zapomniałbym… była też wystawa, która powinna być oznaczona jako przynajmniej 16+ ze względu na wulgarny język, nagość i podteksty z grzybkami. Niestety nie była. I były tam dzieci. No mniejsza z tym… Od czego zacząć?

Zacznę od CDS

Centrum Dziedzictwa Szkła właśnie obchodziło swoje 10-lecie. Ta komunalna spółka, zlokalizowana przy samym Rynku w ramach rekultywacji terenów przemysłowych, pochłonęła gigantyczne środki, a nie spełniła pokładanych nadziei. Nie przeszkadzało to włodarzom wesoło świętować 10-lecia swojej porażkowej inwestycji. Dlaczego „Centrum Szkła” umieszczono przy Rynku, a nie na terenach po hucie? Nawet w dawnych obiektach Huty Szkła? Ano po to, żeby „ożywić Rynek, żeby nie było straszących pustych witryn, przyciągnąć turystów, promować wspólny bilet na atrakcje turystyczne, a to wszystko dzięki wspaniałemu biznesplanowi spółki, która sama będzie się utrzymywać, nie będzie brała dodatkowych pieniędzy od podatników, dodany też miał być taras i pomieszczenia udostępnione na gastronomię”. Co osiągnięto? Nic z tych rzeczy.

 

Pustych witryn jest nawet więcej niż 10 lat temu. Opustoszała jest cała pierzeja, przy której umieszczono piwnice CDS. Przez całe 10 lat CDS nie potrafi też odróżnić przyjezdnych od tutejszych. Liczbę zwiedzających przedstawia się jako liczbę turystów, chociaż są to także miejscowi i uczniowie miejscowych szkół. Tak, zanim ktoś skończy edukację w Krośnie, to może zwiedzić CDS ze 3 razy. Krośnieński uczeń NIE jest turystą w Krośnie. Zresztą, dla turysty, który przyjedzie do CDS nie ma żadnego „wspólnego biletu”. Prezydent Piotr Przytocki zapowiadał takie rozwiązanie jako „oczywistą oczywistość”, ale nie zdołano tego zrobić przez DZIESIĘĆ LAT. Sam biznesplan spółki został oceniony przez NIK, jako oparty na nierealnych założeniach. Nic dziwnego, ze spółka okazałą się niewydolna finansowo. Jednak samorząd nadal ratował pieniędzmi ten twór, który miał nie korzystać z dotacji. Już w pierwszym roku działalności przekazano dla CDS pierwszy milion! Później były kolejne. Spłata kredytu spółki. Dofinansowywanie w kolejnych latach. Dodatkowe środki na urządzenie tarasu i miejsca pod lokal gastronomiczny. W sumie wpompowane kwoty przekroczyły 20 mln złotych.

Pusty lokal w „ożywionej” przez CDS części miasta stał się inspiracją dla artystki.

Tarasu z parasolami i lodami nie ma. Lokalu gastronomicznego też nie ma. Zatem dodatkowe koszty, których miało nie być to 20 milionów, a obiecanych efektów nie widać. Zaiste jest co świętować. Władze spółki i władze miasta traktują jednak mieszkańców jak idiotów i przekonują, że „zyskaliśmy ogromną promocję”. Przepraszam, ale taka „ogromna promocja” powinna mieć wymierne efekty. Jak wspomniałem tych efektów nie ma. Poza tym, możemy sobie łatwo wyobrazić, jak te 20 milionów na promocję można było wykorzystać w inny sposób. Kilka przykładów. Pamiętacie takie wydarzenia, które robił np. Adrian Krzanowski wspólnie z magistratem? „Dzień grilla” itp.? W weekendy na krośnieńskim Rynku jest zwykle sporo osób, ale chodziło o coś, co ożywi „serce miasta” także w tygodniu. W 2016 roku zorganizowano serię wydarzeń w środy. Adrian uważa, że był to duży sukces, jednak miasto nie chciało dalej wydawać na to pieniędzy. OK, to wiecie przez ile lat można by organizować takie kampanie, gdyby zainwestować w to środki wpompowane w CDS przez 10 lat? Przez prawie 500 lat (słownie: pięćset lat). Sporo, nie? Ale popatrzmy w krótszej perspektywie, bo co będzie za 500 lat to nie wiadomo. Wiadomo tylko, że gdyby Rynek promować przez te 10 lat metodami dodatkowych imprez w stylu „dnia grilla” to kosztowałoby to nas 50x taniej. I raczej efekt nie byłby gorszy. Co innego można by zrobić dla „serca miasta” za te 20 baniek przez 10 lat? Kojarzycie takie imprezy jak „Karpackie Klimaty”, czy „Wjazd Króla”? To przy takich nakładach na promocję, Krosno mogłoby mieć w sezonie wakacyjnym klimatyczne imprezy w KAŻDY weekend przez 10 lat. W KAŻDY. To znaczy, że w praktyce stragany, pokazy, grupy rekonstrukcyjne w sezonie letnim byłyby w Krośnie BEZ PRZERWY przez całe wakacje, przez 10 lat z rzędu. To moglibyśmy mieć w ramach wydatków na promocję miasta zamiast CDS, przy tych samych nakładach. OK, to intensywny maraton i tylko latem… to może inaczej. Powiedzmy tylko dwie dodatkowe, naprawdę duże imprezy latem, jedna w weekend Bożego Ciała, jedna przed Bożym Narodzeniem i jedna w karnawale… W takiej skali moglibyśmy promować miasto imprezami przez 20 lat, zamiast palić kasę w piecu CDS (oczywiście to metafora z tym paleniem, nikt bezpośrednio nie wrzuca pieniędzy do pieca). A jeśli nie na promocję? No cóż… są nierozwiązane problemy komunikacyjne, np. „Zetka” i blokowanie ruchu przez pociągi. Ale miastu brakuje pieniędzy na wkład własny do realizacji ta dużej inwestycji… Kro wie, gdyby nie przepalenie 20 baniek w CDS (bez efektu!!), to dałoby się rozwiązać np. ten problem komunikacyjny? To naprawdę smutne, jak w wielu sprawach samorządowcy tłumaczą swoją bezczynność brakiem kasy, a równocześnie nie kryją samozadowolenia z tworu, w którym zmarnowali 20 milionów. I jeszcze są ludzie opowiadający, że te 10 lat CDS było „owocne”… Skąd oni ich biorą? Jak się z nimi rozmawia, to jak z jakimiś kosmitami, kompletnie oderwanymi od ziemskiej rzeczywistości.

Witryny opuszczonych lokali stały się wystawą sztuki. Tyle, że to nie jest część miasta zapomniana przez włodarzy, zostawiona sama sobie. To część intensywnie rewitalizowana…

Przejdę do BWA

Dlaczego akurat BWA? Bo atrakcja z okazji „Nocy Muzeów” poniekąd łączy się z „owocami” 10 lat CDS. W BWA zaprezentowano wystawę „Miasto Marzeń”, a towarzyszył jej spacer po Krośnie, wśród pustych witryn sklepowych. Przed wyruszeniem na spacer było trochę gadania. Jedna Pani mówiła jak to przed wojną planowali, a teraz się wszystko zmieniło. Tak słucham i nie bardzo nadążam. Pani nie wyglądała na aż tak starą, żeby mogło chodzić o 1939 rok. Z kontekstu złapałem, że chodziło o eskalację wojny na Ukrainie, tej, która toczy się od 2014 roku, bo raczej nie planowali wystawy od 8 lat… zresztą w 8 lat mogliby się już dostosować do zmian… Po prostu nie zauważyli, że niedaleko nas toczy się wojna, dopóki nie doszło do większej eskalacji… przez 8 lat się nie przejmowali, a teraz są w ciężkim szoku, że aż przeklinają publicznie mówiąc, że to poezja. Człowiek się w takim miejscu czuje, jak między kosmitami. Byłbym w stanie się założyć, że dokładnie te same osoby cieszyły się z polityki Bidena zdejmującego sankcje z Rosji w 2021, co przyśpieszyło eskalację wojny… Taka totalna niefrasobliwość, odporność na fakty, wypieranie rzeczywistości, przy równoczesnym poczuciu, że to właśnie oni „widzą więcej”. A jak już się bardziej nie da, to zostają przekleństwa. Oczywiście nikt nie uprzedził, że na tej wystawie czy spacerze może pojawić się wulgarny język czy nagość, a wypadałoby, bo parę osób przyszło z dziećmi.

Dobra, wracamy na spacer…Te wspomniane  witryny na coś się przydały, były miejscami ekspozycji artystycznych instalacji. W tym dziełem artystycznym była chruściana miotła w oknie opuszczonego sklepu. Był to symbol „wymiecenia” wielu lokali, sposób na skłonienie do refleksji ile rozmów, relacji międzyludzkich zostało zmiecionych wraz z biznesami. Sztuki inspirowanej opuszczonymi miejscami było oczywiście więcej, tak to wygląda po 10 latach pompowania milionów w „ożywianie” przez komunalną spółkę. Nieźle nie? I teraz tak: ktoś wychodzi z CDS gdzie świętował „owocne 10 lat” ożywiania Rynku, a następnie idzie od jednej pustej witryny, do następnej, pomiędzy martwymi lokalami. I nie ma w tym krztyny refleksji nad tym, że jest tu jakiś dysonans. Przyjezdni artyści mogli po prostu nie wiedzieć, że to nie jest przestrzeń porzucona przez decydentów. To przestrzeń którą próbowano animować średnio ponad 2 milionami złotych rocznie + wydatki na „rewitalizację”. Oni nie musieli wiedzieć. Ale miejscowi? Samorządowcy? …że im wstyd nie było? Czułem się jak między jakimiś odrealnionymi kosmitami.


To nie koniec. Bo była jeszcze wystawa „Miasto Marzeń” na podstawie ankiety zrobionej wśród mieszkańców. Wiele pytań w tej ankiecie było zamkniętych, więc wygląda to mniej więcej tak: „Powiedz nam jakie są Twoje marzenia, w jakim mieście chciałbyś żyć, chcemy wiedzieć co myślisz, więc możesz wybrać z tych trzech odpowiedzi, które nam się podobają”. No niesamowite jest później rozkminianie jakie spójne są marzenia ludzi wskazane w zamkniętej ankiecie… Wspomniałem coś o nagości, nie przypadkiem. Na wystawie prezentowany był niezwykle artystyczny film, ze scenami z nagą kobietą (miała tylko kominiarkę). W zasadzie to nie film, a performerce o przemocy i okrucieństwie Mexico City, nawiązanie do skali przestępczości, morderstw, gwałtów i okaleczeń. To pod hasłem „body+city=dream city”. Co przemoc w Meksyku ma do miasta marzeń? Nie wiem… Komuś się marzy taka skala biedy i przemocy, w tym wobec kobiet, jak w Mexico City? Możliwe, że tak, wszak jeszcze parę dekad marnowania kasy na głupoty, niszczenie lokalnej przedsiębiorczości, korupcja, do tego pojawi się bezrobocie i będziecie mieli to „dream Mexico”… Masakra, czuję się jak między kosmitami… I oczywiście ostrzeżenia o nagości nie było, więc dzieci też mogły chodzić i oglądać meksykański performance o patologii.

Grzyby, grzyby, grzyby…

I na koniec najlepsze. Wizja zagrzybiałego miasta marzeń, które sobie wypączkowało jak drożdżaki i opiera się na symbiozie z jakąś „świętą grzybnią”. Co tam, że grzyby są ciężkostrawne (zbudowane z chityny, której nie trawimy), że ich obecność w naszym otoczeniu jest zwyczajnie toksyczna, podobnie jak toksyczne jest jedzenie niejednego gatunku. Wszak zawsze można eksperymentować, nieprawdaż? Toksyczny grzyb nie musi od razu zabić, może po prostu namieszać w głowie. Nie wiem, czy akurat to leżało u podstaw wizji artystycznej tej instalacji. Jednak namieszane było na pewno. Ten wspaniały zagrzybiony świat marzeń ma powstać po „resecie toksycznego systemu, na gruzach kapitalizmu”. To się nazywa tupet. Przedsiębiorcy, ludzie pracujący w rentownych gałęziach gospodarki pracują, płacą podatki, wielu nie daje rady i upada, jednak wypracowują środki, z których mogą korzystać instytucje kultury i różne inne eksperymenty. Można podnosić ludziom podatki od nieruchomości i finansować mówienie im, że są toksyczni, a prawdziwe miasto marzeń, to takie, z których zostaną wreszcie wymieceni, a na ich miejsce pojawi się wielka grzybnia. Czuję się jak między kosmitami…

Komentarze

komentarzy

Facebook