Sajgon 2

Zaskakuje mnie skala zaskoczenia tym, że Kabul stał się właśnie drugim Sajgonem. To fakt, że to co moje pokolenie znało z filmów archiwalnych i opowieści, teraz dzieje się na naszych oczach. I będzie miało niemałe konsekwencje. Bardziej mnie jednak niepokoi jak zaskoczonych jest wielu komentatorów i polityków…

Dlaczego zaskoczenie polityków i komentatorów jest niepokojące…? Bo to oznacza, że nie ogarniają. Sytuacja w Afganistanie zmierzała w bardzo złym kierunku od ponad 10 lat. Poważny analityk powinien zauważyć, że krytyczne błędy nastapiły już w czasie prezydentury Obamy, czy nawet wcześniej, za Busha.

Fot. Cpl. Alex Guerra
Marines with Alpha Company, 1st Battalion, 6th Marine Regiment, 24th Marine Expeditionary Unit, NATO International Security Assistance Force, operating in Garmsir.

Początkowo działania USA i sojuszników miały słuzyć zniszczeniu Al-Kaidy w Afganistanie, wyłapaniu lub wybiciu jej przywódców. To wymagało pokonania Talibów, którzy kontrolowali większość kraju, a terrorystom udzielali schronienia. Ten pierwszy etap poszedł sprawnie. USA miały gigantyczne poparcie międzynarodowe, a Talibowie przerąbane. Osmieleni sukcesami Amerykanie postanowili zainstalować w Afganistanie silny, demokratyczny, centralny rząd. I z tym był juz kłopot… 

Krytyczne błędy

Równolegle USA zaangażowały się w Iraku, gdzie tez potrzebne były niemałe siły. O ile spacyfikowanie Talibów przyjęte zostało dość optymistycznie, to dalsze działania USA, które przyznawały sobie prawo do pacyfikowania kolejnego kraju, napotykały już dyplomatycnzy opór na świecie i spotykało się z zaniepokojeniem o stan regionu (materiał na osobny felieton…). W skrócie: Amerykanie tracili poparcie międzynarodowe i sojuszników, a równocześnie wmanewrowali się w dwie „partyzanckie” wojny na raz. W obu przypadkach wykazywali się niezrozumieniem lokalnej specyfiki, w tym podjęli niebagatelny wysiłek na rzecz utrzymania Iraku w jednym kawałku. Zatem mamy błędy Busha: za małe siły dla zbyt ambitnych planów i niedopasowanie działań do lokalnej sytuacji, utratę inicjatywy. I to przy rosnącej liczbie żołnierzy. Kolejne błędy to już prezydent Obama (i jego wiceprezydent Joe Baiden, tak, ten sam…). Talibowie kontrolowali znaczną część kraju i nękali wojska koalicji. Początkowo Obama zwiększał liczbę amerykańskich żołnierzy dochodząc do około 100.000 (!) żołnierzy Koalicji. To jednak nie przekładało się na pokonanie Talibów. dodatkowo pojawił się problem z odcinaniem Talibanu od dochodów z narkotyków. W kraju wyniszczonym dziesięcioleciami wojen, dla wielu społeczności dochody z upraw pod narkobiznes były ratunkiem ekonomicznym.

Prezydent Obama tłumaczy generałowi jak prowadzić wojnę? President Barack Obama meets with Lt. Gen. Stanley A. McChrystal, the new U.S. Commander for Afghanistan, in the Oval Office Tuesday, May 19, 2009. (Official White House photo by Pete Souza)

Niszczenie upraw przysparzało wrogów, sprawiało, że kolejne klany sympatyzowały z Talibami… tymczasemnie niszczenie zostawiało Talibom nietknięte dochody. I w tym momencie sytuacja zaczęła nieubłaganie zmierzać do „drugiego Wietnamu”. Obama popełniał kolejne krytyczne błędy ogłaszajac daty wycofywania kolejnych partii amerykańskich wojsk. Na zasadzie: „robimy operacje przeciw Talibom, a potem nasi chłopcy wracają do domu”. Podawał liczby i daty i generalnie wycofywał wojska. Ze szczytowej wartości prawie 100.000 już Obama wycofał 90% sił. Dlaczego to działanie było krytycznym błędem? Nie, nie ze względu na same liczby… Chodzi o sposób. To było jasnym sygnałem dla wroga: „chcemy się wycofać, będziemy tu siedzieć jeszcze tyle, a tyle czasu, a później sobie pójdziemy”. Dla Talibów było jasne, że wystarczy przeczekać. Nie narażać się, nie angażować się w walki na zbyt dużą skalę. Nękać. Przypominać o sobie. Ostrzelać, podłożyć bombę, może zaatakować jakiś odległy posterunek… Tworzyć poczucie zagrożenia i przeczekać. I przeczekali. Już po rządach Obamy to był „drugi Wietnam”. Trump próbował zawrzeć porozumienie pokojowe i wycofać pozostałe siły zachowując twarz (w międzyczasie nawet nieznacznie powiekszył kontyngent, dla lepszej „projekcji siły”). Pod koniec kadencji zrobił definitywnie to, co zaczął Obama, powiedział kiedy Amerykanie się wycofają. Jak wspomniałem, Talibom wystarczyło poczekać. Joe Baiden, już jako prezydent, dokończył robotę rozpoczętą u boku Obamy. Pomimo sygnałów, że Talibowie nie będą przestrzegać porozumienia z Trumpem, wycofał wojska i to w brzydkim stylu. W tym, na początku lipca porzucając kluczową bazę – Bagram, bez poinformowania sojuszników. Przekaz do Talibów był jasny: „zabieramy się stąd, nie obchodzi nas lokalny rząd i co z nim zrobicie”. To nie było nic innego, jak sygnał do przyśpieszenia przejmowania kraju przez Talibów. I na ten sygnał zareagowali.

Charakter wojny

Już za kadencji Busha to przestała być regularna wojna, to nawet przestała być wojna asymetryczna, czy działania przeciwpartyzanckie. To była wojna z mafią. Powiązane klanowo, plemiennie grupy, niczym rodziny mafijne, bczerpały dochody z handlu narkotykami, miały swoje wtyki w afgańskiej armii, policji, urzędach, instytucjach. Powszechna korupcja, zastraszanie i mordowanie tych, co próbowailby się wychylać. Wojna z mafią, którą próbowano wygrać siłą ognia i żołnierzami, którzy nie znają języka, kultury, lokalnych koligacji i uwarnkowań. I to żołnierzami, którzy nie ufają miejscowym, bo każdy pasterz moze się okazać terrorystą. Ba! Terrorystą moze się okazać afgański żołnierz lub policjant. albo tłumacz! Z drugiej strony lokalsi też nie ufają tym żołnierzom. Przyłażą tacy, krzyczą coś w obcym języku, grożą bronią, zabierają na przesłuchania (prowadzone nieraz z pogwałceniem praw człowieka), zdarza się że kogoś zabiją, zniszczą uprawy pozbawiając dochodów… no jak można im ufać? Jak można współpracować…? Skoro gdy ktoś mimo wszystko współpracuje, to może się spodziewać niemiłej wizyty Talibów, a przecież Amerykanie nie upilnują każdego domu, każdej nocy… Na to nakładały się lokalne konflikty etniczne, fakt, że Talibowie mieli oparcie wśród części plemion… Jeżeli popatrzmy na te wszystkie aspekty, to będziemy wiedzieć, dlaczego ta wojna była przegrana już około 2009 roku. Jak nie wcześniej. Reszta to była „uporczywa terapia”. Udawanie, że pompowanie kolejnych pieniędzy w skorumpowany kraj coś da. Przecież Amerykanie już to przerabiali. Już wcześniej nieraz pompowali broń i kasę w skorumpowane reżimy lub formacje. Nigdy nie zadziałało, a teraz miało zadziałać? Taki Talib mógł wstąpić do afgańskiego wojska, porzejść szkolenie i zdezerterować… Oni nawet nie za bardzo musieli szkolić swoich bojowników, bo Amerykanie organizowali szkolenia… Wystarczyło czekać i wzmacniać swoje siły, korzystać z korupcji władz i wsparcia rządów, które nie lubią USA (np. Iran). Więcej żołnierzy nic nie zmieni, bo sama liczba nie sprawi, że zaczną odróżniać pasterza od Taliba. Najwyżej będzie więcej frustrujących sytuacji, wypadków, czy celowego łamania praw człowieka skutkujacego żądzą zemsty. Bo jak żołnierze się pomylą i zabiją pasterza, a nie Taliba, to przynajmniej 10 braci i kuzynów tego pasterza zacznie, delikatnie to ujmując, „sympatyzować z rebeliantami”. Profit? …jak dla kogo.

Skutki wycofania

Najbardziej zaskoczyło mnie, jak wielu komentatorów i polityków było zaskoczonych. Owszem, porzucenie bazy Bagram było niezbyt eleganckie. Tak, to zaskakujace, że w ostatnich tygodniach próbowano nieudolnie „wyjść po angielsku”. Jednak klęska, a raczej niedowład i rozpad wojsk afgańskich nie powinien dziwić. Całymi latami Taliban kontrolował prawie pół kraju, gdy siły bojowników oceniano na 35.000, a wojska afgańskie to 200.000 żołnierzy + lokalna policja + wsparcie USA i ich koalicjantów. Skoro te siły LATAMI nie portafiły wygrać, skoro sukcesy odnosiły głównie pod bezpośrednim nadzorem i we współpracy z amerykanami, to nie można było się spodziewać, że utrzymają się po wycofaniu wojsk USA. Ogromna przewaga technologicznaJakie będa skutki? Wszyscy wrogowie USA poczuli krew. Mocarstwo przegrało, ma swój „drugi Wietnam”. Otrząśnięcie się z tego może zająć trochę czasu. Wizerunkowe straty na arenie miedzynarodowej są straszne. Chiny, Rosja, Iran, reżim Kima… wszyscy będą to wykorzystywać. Równolegle mamy przeciez ustępstwo Baidena dla Putina w sprawie gazociągu po dnie Bałtyku. Nasz „globany żandarm” znajduje się w odwocie, co zwiastuje bardzo nieprzyjmne czasy i bardzo trudną prezydenturę w Białym Domu. …a niestety chyba siedzi tam ktoś zbyt stary, żeby to ogarniać. O ile samo wpadnięcie kraju w ręce Talibów było przewidywalne, to sposób w jaki sie to stało, zachowanie Amerykanów na finiszu, będzie podważać ich pozycję i wiarygdność na Świecie. Dla ludności cywilnej Afganistanu to będzie katastrofa. Będa do nas docierały zapewne straszne historie, cały czas w kontekście, że „Amerykanie ich zostawili”. Musimy sobie zdawać sprawę, że jako kraj, znajdujemy się na granicy strefy wpływów mocarstwa, które własnie otrzymało dotkliwy cios i nie do końca wiadmo jak go zniesie. To duże zagrożenie, ale może też szansa. Co z tym zrobią nasze elity? Coś muszą zrobić, nie można udawać, że jest po staremu. bo nikt na Świecie nie będzie tego udawał.

Komentarze

komentarzy

Facebook