Dramatyczna walka na śmierć i życie z drapieżnikami. Polała sie krew!

Dwóch ludzi zostało napadniętych przez trzy agresywne drapieżniki. To była walka na smierć i życie! Polała sie krew! Wkurzaja mnie mentalne wieśniaki, które łatwo podchwytują opowieści o wilkach, które ktoś widział i dlatego trzeba je zabić. Co innego psy atakujace ludzi praktycznie codziennie z winy opiekunów. Do tego się już przyzwyczalili i dają przyzwolenie? 

Opisane niżej wydarzenia zdarzyły się naprawdę! Co z tego, ze w różnych miejsach i latach? W sumie wszystko się zgadza, o czym przekonacie się niżej: był atak (a nawet ataki), było dwóch różnych ludzi i trzy różne drapiezniki… Liczy się chwytliwy nagłówek, nie? Tak jak o tych wilkach, gdzie z przepłoszenia zwierząt w jednym z portali zrobiono „walkę na śmierć i życie”… masakra jakaś. Faktycznego ataku wilka na człowieka nie było od lat, tymczasem psy atakuja nas  dzień w dzień. Albo i w noc. Poniżej trzy rozdziały o trzech róznych zdarzeniach z psami z mojego otoczenia. Uwaga, będzie przemoc, krew i trupy! …dobra, trochę przesadzam. A może nie?

Rozdział pierwszy: „czy piesek jest zadbany”? 

Cześć! Nie jestem wilkiem, mogę biegać luzem po mieście, a większość ludzi i tak nie zwróci uwagi!

Dawno,dawno temu… ale nie za górami i lasami, a w środku największego w okolicy miasta, w Krośnie. Wracałem nocą do domu, gdy nagle z pobliskiej bramy wypadł na mnie agresywny … doberman. Nie wilk, ot doberman. Też psowaty, też spory. Oczywiście wystraszyłem się, ale bardzo szybko zdałem sobie sprawę, że jak zacznę uciekać to mogę go mieć na plecach i karku. Nie potrafię biegać szybciej niż dobermany, więc pomysł ucieczki z miejsca odpadał. Miałem na sobie dość solidne ubranie, w tym ciężkie, wojskowe buty. Niestety nie miałem pilarki. Niemniej zatrzymałem się przodem do atakujacego psa przyjmując, że jak się rzuci, to będę próbował się bronić głównie tymi butami i zacznę wrzeszczeć o pomoc. Nie myślcie, że jakiś super odważny jestem, po prostu przy wyborze „walcz lub uciekaj” bardziej bałem się uciekać. Pies jednak nie rzucił się do bezpośredniego ataku. Próbował mnie przegonić, być może chciał, żebym obrócił się plecami do niego, żeby wtedy zaatakować. Nie wiem. W kazdym razie, gdy tylko dałem krok do tyłu, on ruszył o krok za mną. I tak kilka razy. Cały czas trzymał stały, ale bardzo krótki dystans, tak o jeden skok. Ale nie atakował. Trwało to chyba z 15 minut, chociaż nie jestem pewien, bo nie miałem pilarki. Myślę sobie: „Dobra, sprawdzimy, kto się bardziej boi”. Dałem krok do przodu. Pies cofnął się o krok. Trochę sie uspokoiłem, uznałem, że jak nie będę uciekał, tylko powoli się wycofam, to dotrę w taki sposób do swojej furtki. Brakowało dosłownie 50 metrów. Tylko tak, wiadomo, „Krosno by night”, to cisza spokój, raczej zadnych przechodniów… a jeśli jednak ten pies do rana zaatakuje kogoś innego? Kogoś, kto będzie miał mniej szczęścia, albo zacznie uciekać? Sięgnąłem po telefon i wybieram „997” (to było dawno telefony jeszcze nie miały kamer, więc nie pytajcie o zdjęcia i nagrania). Chwilę czekałem na zgłoszenie po drugiej stronie, ciągneło się to w nieskonczonośc, może 15, może 20 minut? A może po prostu w takim stresie człowiek inaczej liczy czas. W końcu zgłaszam: „jestem na ulicy Kolejowej, jestem atakowany przez agresywnego dobermana”. Opisałem, że pies jest blisko, szczeka na mnie, warczy, szczerzy zęby, ale wydaje mi się, że nie rzuci się do bezpośredniego ataku. Niemniej prosiłem o interwencję. I tu zaskoczenie! Dialog jak w kabarecie! Pan drugiej stronie zadaje w tym momencie kluczowe pytanie:
„Czy ten piesek wygląda na zadbanego?”
Zamurowało mnie. „Piesek”… W lekkim szoku odpowiedziałem: „Tak, wygląda na zadbanego”.
Po drugiej stronie słuchawki wyczułem odgłos ulgi: „No, to wie Pan co? On może komuś uciekł”.
Nie ma co, trafiłem na bystrzaka. Przytaknąłem: „Tak, ja jestem przekonany, że on komuś uciekł”. Na to prawdziwy Sherlock Holmes po drugiej stronie słuchawki mówił dalej tłumacząc mi sytuację: „Więc, skoro komuś uciekł, to może po prostu wróci do domu”. Ta logika jest wręcz nie do obalenia, jednak powiedziałem: „Ten pies jest agresywny, może do rana kogoś pogryźć, zanim wróci do domu”. Pan po drugiej stronie stwierdził jednak, że Policja nie zajmuje sie wyłapywaniem psów, że w Krośnie to robi zewnętrzna firma z Jedlicza (to już wiecie jak dawno to było, teraz już od lat do takich akcji jeździ Straż Miejska). „Wie Pan ile to potrwa zanim oni przyjadą?” pytał mnie policjant, a ja nie znałem precyzyjnej odpowiedzi, chociaż spodziewałem się, że to moze być długo. „Ja po prostu robię to co mogę, czyli zgłaszam tego psa, zanim kogoś pogryzie” – powiedziałem. Z rozmowy wynikało, że nic nie da się zrobić… Ja wycofałem się ostrożnie te 50 metrów do domu, cały czas z agresywnym, oszczekujacym mnie dobermanem o krok za mną. To było dawno i żałuję, że z tym czegoś wiecej nie zrobiłem, gdyby to było teraz, to wiedziałbym jak wyciągać konsekwencje za odmowę podjęcia interwencji. Wtedy nie wiedziałem. Cieszyłem się, że rano nie było medialnych informacji o tym, że ktoś stoczył walkę na śmierć i życie z dobermanem, lub co gorsza, że w takiej walce zginął.
Tego samego psa widywałem luzem na osiedlu jeszcze kilka razy. Nie był już tak agresywny jak w nocy. Od Straży Miejskiej wiem, że mieli problem z właścicielem, który psa po prostu nie pilnował. Duży pies, który jak widać mógł być agresywny, biegał po osiedlu np. obok placu zabaw dla dzieci, przy ogromnej bezradności służb. Na początku nie wiedzieli czyj on jest, pytali nawet czy to nie pies jednego z moich sąsiadów. Tam też był doberman i też bywał agresywny, pogryzł jednego z domowników, bodaj korzystali z pomocy jakiegoś specjalisty, żeby psiaka naprostować. Dlatego Straż Miejska podejżewała, że mogło chodzić o niego. Ale nie, to nie był ten. Powiedziałem Strażnikom, że jak to był TEN pies, to chyba bym zawału dostał. Doberman sąsiada był ze dwa razy większy, niż ten, który mnie atakował.

Rozdział drugi: „Jest Pan oskarżony o zabicie psa”

Inne miasto, inny człowiek, inny rok, a nawet inny pies. Chociaż przypadkiem też doberman. Serio, nic nie mam do dobermanów, traktuję to jako czysty przypadek, że ponownie doberman. Patryk, utalentowany sportowiec, robi swój codzienny trening biegowy, w tym biegnie przez park. Pech chciał, że ktoś puścił tam dobermana luzem. Doskonały pomysł! Park, ludzie bawią się, są głośno, ktoś jedzie rowerem, ktoś biegnie, ktoś inny pocina na rolkach. Wypuśćmy dobermana! Co może pójść nie tak? Biegacz widząc psa w pobliżu zwolnił i jak twierdzi starał się bardzo spokojnie przemieścić nie zwracajac na siebie większej uwagi. Czy zadziałało to odwrotnie? Czy zmiana tempa nie miała wpływu? Nie wiem. Nikt w sumie nigdy nie wie, jak zareaguje zwierzę. Doberman rzucił sie na Patryka. Doszło do dramatycznej walki na smierć i życie! Przez 25 minut męzczyzna próbował wyrwać się z żelaznego uścisku szczęk! No dobra, trochę przesadzam. Pies po prostu rozerwał kurtkę i zranił mężczyznę zębami na wysokości brzucha/biodra. Sportowiec zareagował błyskawicznie, nie miał pod ręką pilarki, ale zadał od góry silne uderzenie pięścią w psi łeb. Pies zapiszczał żałośnie, odskoczył i uciekł. Patryk machnął na to ręką. Kurtka do wyrzucenia. Trudno. Pies zapewne szczepiony. No już bez przesady, chyba ludzie szczepią psy, nie? Patryk wrócił do domu. Nie mineło pare dni, a został wezwany na Komendę Policji. Został oskarżony o … zabicie rasowego psa. Wiecie, znęcanie nad zwierzętami i takie tam. Okazało się, że jak pańcie wróciły z pieskiem do domu, to ten zaczął się dziwnie zachowywać, połozył się … i zdechł. Uderzenie w głowę spowodowało śmiertelne w skutkach obrażenia. Ja wcześniej nie wspomniałem, Patryk to ćwiczy różne takie rzeczy, gdzie się mocno bije pięściami, to nie był cios od zwykłego przechodnia czy biegacza. Patryk w tym miejscu biegał bardzo regularnie, więc namierzenie kim jest ten „morderca psów” nawet policji nie sprawiło większego problemu. Patryk musiał się tłumaczyć! Jak wspomniałem na szczęscie znaleźli go szybko! Były jeszcze blizny, a kurtka nie poszła całkiem na szmaty więc i ona mogła być dowodem. Bardzo szybko dwie mądre pańcie stały się ze zgłaszajacych, oskarżonymi. Wiecie, taki paragraf za nieprawidłowe sprawowanie opieki nad zwierzęciem, powodowanie zagrożenia itp. Patryk ze starcia z dobermanem nie wyszedł bez szwanku, polała się krew, a kurtka była zniszczona.

Rozdział trzeci: „Zaatakował jak prawdziwy wilk!”

Patryk z góry uznał, że piesek był zaszczepiony. Czy słusznie? Niekoniecznie. To znaczy tamten był zaszczepiony, ale to wcale nie jest oczywiste, tak co do zasady. Wracamy do Krosna. Znowu inny pies, ale człowiek ten sam co w pierwszym rozdziale. I nawet ta sama furtka! Biały dzień, wracam do domu, a tutaj, obok mojej furtki został przywiązany pies. To się niestety zdarza, że ludzie idąc do jednego z pobliskich sklepów zostawią swoich kochanych pupili uwiązanych przy chodniku. W tym przypadku w zasiegu uwięzi było moje wejście do domu. Zatrzymałem się, żeby ocenić sytuację. Tym razem nie doberman. Mały kundelek. Taki z tych poniżej kolana. Siedzi spokojnie. Nie tak jak wiele uwiązanych psów, które drą się, warczą, rzucają w strone przechodniów. Mały i spokojny. Nie reagował na to, że się zbliżałem. Żadnej agresji, nie zauważyłem u niego też oznak strachu. To istotne, gdyby się bał, to mógłby zaatakować ze strachu. Nie zaczepiam, nie głaskam, nie wołam, nie prowokuję… po prostu chcę wejść do domu, a nie chcę czekać, aż ktoś skończy zakupy. Jakież było moje zaskoczenie gdy bez żadnego uprzedzenia poczułem ugryzienie… Mały, nie przejawiajacy najmniejszej agresji kundelek to jedyny pies, który w moim życiu użarł mnie do krwi. A kilka próbowało. Widać było instynkt przodków. Kundelek zaatakował jak prawdziwy wilk, mierząc w ścięgna podkolanowe, tak by unieruchomić ofiarę. Szybko zatrzasnąłem za sobą furtkę, pies został po drugiej stronie warcząc, szczekając i ujadając. Zerknąłem na moją nogę. Rany nie były duże. Co tam rany, to bardziej skaleczenia…ale był kontakt śliny psa z moją krwią. I to nie jest fajne, bo w ślnie psa może być sporo groźnych bakterii i wirusów, z niesławną wścieklizną na czele. Co robić? Czekam na właściciela. Podeszła jakaś pani, która nie mogła uwierzyć, że piesek mnie zaatakował. On taki grzeczny, a ja przecież jestem za płotem, no o co chodzi? „Rzucił się na mnie gdy wchodziłem do domu i ugryzł mnie do krwi, prosze zobaczyć, dalej się leje” – zaripostowałem. Dodałem, że chcę potwierdzenie, że jest zaszczepiony. Pani powiedziała: „Tak, tak” i zaczęła się oddalać. Myślę sobie „o nie!” Wybiegłem za nią żadając udokumentowanego potwierdzenia. Wobec odmowy wezwałem policję. Panowie spisali Panią, a nawet pojechali pod wskazany adres, żeby ustalić czy pies był szczepiony. Wkrótce zadzwonił telefon z Policji: „Mam dla Pana złą wiadomość. Pies nie ma aktualnych szczepień, musi się Pan udać na SOR i skontaktować z poradnią zakaźną”. Extra przygoda, SOR, Sanepid, poradnia zakaźna… bo ktoś uwiązał pieska bez opieki, a wcześniej zapomniał zaszczepić. Pies trafił pod obserwację weterynarza, a ja pod obserwację poradni. Przy okazji u powiatowego lekarza weterynarii dowiedziałem się, że w takich sytuacjach zdarzają się „zniknięcia psów”. Nieodpowiedzialni właściciele pozbywaja się pupila chcąc uniknąć odpowedzialności (oczywiście to tak nie działa). Wtedy zaczynają się komplikacje, bo weterynarz nie może obserwować psa, którego ktoś zakopał w nieoznakowanym miejscu. Na szczęście w tym przypadku właściciele okazali się na tyle odpowiedzialni, że umożliwili bez przeszkód obserwację przez weterynarza. Nie wnosiłem o żadne dodatkowe konsekwencje, chodziło mi o ustalenie czy piesio jest zaszczepiony. W sumie wolałbym bez policji, ale Pani próbowała mi „sie oddalić”.

Epilog

Wszystkie rozdziały mają punkt współny: nieodpowiedzialność człowieka. Włącznie z powyżej wymienionymi,osobiście miałem tylko trzy (aż trzy?) przypadki niebezpiecznych ataków ze strony psa. To opisane tu: doberman i kundelek oraz nie wymieniony …owczrek collie… No też byłem zaskoczony, ale okazuje sie, że to nie są wcale łagodne pieski. Byłem też w zasięgu potencjalnego ataku dużych psów, które „komuś uciekły”, kaliber taki jak doberman czy owczarek niemiecki. Zwierzaki akurat były spokojne, po prostu zwiedzały Świat. Ataków ze strony pomniejszych kundli już nawet nie liczę. Każdy biegacz czy rowerzysta na pewno potwierdzi, że to norma „na wioskach” lub w peryferyjnych dzielnicach Krosna. Zdażają się całe sfory psów, które są bezpańskie, albo po prostu są wypuszczane przez nieodpowiedzialnych opiekunów. Są też próby ataku psów na samochody, groźne raczej dla samych psów… Pomimo kilku negatywnych przygód bardzo lubię psy, sam miałem kilka, zdarza mi się pomagać w wyłapaniu jakiś błąkajacych się i pomóc im wrócić do właścicieli.

Pan na zakupach? Piesio pilnuje bramki, ale nie swojej…

Niemniej, ilość zdarzeń z udziałem psa, w tym czasem śmiertelnych jest naprawdę porażająca. Widywałem ofiary pogryzień, gdy pracowałem w szpitalu. Pewnej nocy, w odstepie dosłownie kilku minut przyszły dwie mamy z trzynastolatkami pogryzionymi przez psa. Właściwie dwa różne psy, dwa różne zdarzenia, w różnych miejscach, ale w szpitalu niemal jednocześnie. Można tu wspomnieć o agresywnym bernardynie w Krośnie, którego zastrzelili policjanci, bo pies uniemożliwiał udzielenie pomocy mężczyźnie, którego wcześniej pogryzł. No co? Napisałem na wstępie, że będą trupy?
Moja mama też miała niefajną historię, ktoś idąc do sklepu przywiazał psa do furtki, ale tym razem tak, że zwierzak siedział na przejściu, na dodatek był nie mały. I tak siedział dwie czy trzy godziny. Mierzone zegarkiem, a nie pilarką. Mama zadzwoniła do mnie i zapytała co ma robić? Po tego psa nikt nie przychodzi! Dałem jej numer na Straż Miejską. Piesek został zwinięty przez Strażników. Okazało się, że ktoś faktycznie poszedł z psem na zakupy … i zapomniał. W domu też sie nie połapał, że kogoś brakuje. A piesek siedział, czekał…  Skala niefrasobliwości i zagrożenia jest naprawdę duża. Duża, ale jesteśmy z tym oswojeni. Nikt nie robi sensacji z tego, że widział psa. Nikt nie chce strzelać do 3 czy 5 przypadkowych psów, dlatego, że inny pies ugryzł dziecko w sąsiednim powiecie. Raczej mówimy, że ludzie powinni zachowywać się bardziej odpowiedzialnie. Wskazujemy, na czym polegał ludzki błąd prowadzący do tragedii.
Dlaczego w przypadku wilków to działa całkiem odwrotnie?

Komentarze

komentarzy

Facebook