Rok z wirusem i „wirutami”

Za nami pierwszy rok z SARS-COV-2. Pierwsze doniesienia sledziłem już w styczniu 2020, a na początku lutego opublikowałem wpis o tym zagrożeniu wskazując zarówno pozytywny, jak i czarny scenariusz. Rzeczywistość okazała się bliższa tej najczarniejszej wersji, ratuje nas jedynie to, że podawana rok temu śmiertelność z powodu „wirusa z Wuhan” była mocno zawyżona. 

Właśnie wobec faktu, że śmiertelność okazała się niższa, jestem zaskoczony skalą rozkładu systemów prawnych i pogardą dla praw obywatelskich. Tak właśnie, demokracja i prawa obywatelskie bardzo szybko zachorowały na COVID, co gorsza, przy aplauzie znacznej części społeczeństwa. Wiedziałem, że to jest możliwe, ale i tak jestem zaskoczony tym, jak szybko strach przed chorobą spowodował przyzwolenie dla bezprawnych działań. Nie mam tu na myśli jakoś wyjątkowo Polski, takie doraźne wprowadzanie ograniczeń (w stylu „godzina policyjna”) nie jest domeną tylko naszego kraju.

Image by Tumisu from Pixabay

O wirusie pierwszy raz napisałem 2 lutego, gdy było zaledwie 300 potwierdonych zgonów. Potencjał wirusa był jednak mocno niepokojący, w efekcie napisałem, że jeżeli uda się utrzymać liczbę ofiar na Świecie poniżej 100.000 to będzie sukces i nadal będzie można mówić o pozytywnym zakończeniu. Wiemy, że tak się nie stało, jest o wiele gorzej, licznik zgonów przebija 2.000.000. To dużo, ale i tak mniej niż najczarniejszy scenariusz, który brałem pod uwagę. Szacunków dokonywałem jednak przy ówczesnych daych o ponad 3% śmiertelności wirusa, obecnie wiemy, że jest ona znacznie niższa, nawet mocno poniżej 1%. To nadal bardzo dużo, przy uwzględnieniu łatwości przenoszenia wirusa.

Zatem nie czytasz felietonu osoby, która lekceważy wirusa, nie wierzy w pandemię itd. Czytasz felieton osoby, która napisała przy zaledwie 300 śmiertelnych przypadkach, że pod koniec roku 2020 mozemy już liczyć ofiary w milionach. Wolałbym nie mieć racji i żyć we w miarę normalnym świecie. To, że sprzeciwiam się częsci obostrzeń czy nakazów nie wynika z tego, że „nie chce żeby walczyć wirusem”, albo, że jakiś głupi jestem. Po prostu nie wszystkie ograniczenia są mądre, a rzadko kiedy są konsekwentne, o możliwościach egzekwowania nie wspomnę. W skrócie „restrykcje” można podzielić na te słuszne, te pozbawione efektu i te zwyczajnie szkodliwe. Najgorsze są te ostatnie, gdzie pod preteksem walki z wirusem wprowadza się rozwiązania mogące wręcz sprzyjać zarażeniom. Już nie mówię o innych skutkach: gospodarczych, zdrowotnych, społecznych… część rozwiązań po prostu sprowadza zagrożenie. Przykład? Skrócenie godzin pracy w urzędach. No pomyśl, jak to ma ograniczyć wirusa, skoro klienci mają załatwić sprawy w krótszym czasie urzedowania? Sklepy wydłużają pracę, żeby można było robić zakupy w mniejszym tłoku, a jakiś urząd robi sobie wolne pod pretekstem wirusa i jeszcze nazywa to przeciwdziałaniem… A przerzucenie spraw i korespondencji na pocztę? Zamiast obsługi interesanta w budynku urzędu, wysyła się listonosza, żeby szedł od człowieka do człowieka i brał potwierdzenia doręczenia. Urząd Miasta w Krośnie zrezygnował przez jakiś czas z własnych kurierów przerzucając temat na pocztę. To jest skupienie większej ilości kontaktów na jednej osobie, która przez to ma po pierwsze większą szansę zakażenia, a po drugie większy „zasięg” do rozniesienia tego zakażenia. I to ktoś beszczelnie nazywa „zapobieganiem COVID”…

…co autor miał na myśli?

Brak przygotowania na epidemię w Europie (i nie tylko) był zatrważajacy. Dostępne w styczniu dane powinny wywołać alarm i przygotowanie „planów obrony”, tymczasem społeczeństwa zachodnie zostały kompletnie zaskoczone. Reagowanie było chaotyczne, doraźne i prowizoryczne. To ogromne szczęście, że 3% śmiertelność wirusa się nie potwierdziła, bo byłaby totalna katastrofa. Jest źle, ale wyobraźcie sobie sytuację jakieś 6x gorszą… I to nie jest tak, że tego losu uniknęliśmy „dzięki restrykcjom”. Unikneliśmy, dzięki temu, że wirus okazał się mniej śmiertelny.

Zamaskowani

A „restrykcje”? Część to straszna nadreakcja, jak choćby zakaz wstępu do lasów, czy obecne nakłanianie do nadużywania maseczek. Mało kto zastanawia sie nad prawidłowym używaniem maseczek, jest tylko presja „Noś! Noś!” ewentualnie presja jest poparta groźbami sankcji lub wyzwiskami. I zapewne prawidłowo noszona maseczka nikomu nie zaszkodzi, podobnie jak nieszkodliwa jest prawidłowo użytkowana klimatyzacja, nikt od tego nie dostanie „choroby legionistów”.  Tylko teraz pomyśl, w sumie kto nosi prawidłowo maseczkę? I czy ktokolwiek jest w stanie używać maseczek prawidłowo całymi dniami? Jak nie wiesz o co chodzi, to zwrócę uwagę na kilka szczegółów:
1. Jednorazową maseczkę należy użyć tylko raz. Nie tak jak Pan w urzędzie, który ma tę samą jednorazówkę, zdejmuje ją jak siedzi sam i zakłada gdy przychodzi petent. Powinien mieć za każdym razem nową, tyle, że w ten sposób złużyłby w jeden dzień cały miesięczny przydzał, albo i węcej. Prezydent mu tylu maseczek nie kupi! Więc człowiek używa wielorazowo jednorazówki. Proste?
2. Maseczkę należy wymienić, gdy robi się wilgotna. Nie tak jak Grażyna, która idzie w maseczce do „Stonki”, po drodze już ta szmatka przy nosie jest mokra, zresztą tak samo było przez cały tydzień wcześniej. Ale Grażyna chodzi w tej mokrej maseczce po sklepie, bo nie ma drugiej, żeby wymienić.
3. Maseczkę należy wymienić jeśli kichniesz. I jeśli ktoś kichnie przy Tobie to też zmień maseczkę. Nie masz na zmianę? Oops… To nie wiem co gorsze, zdjąć, czy chodzić w zakichanej przez kogoś…
4. Maseczkami nie należy sie wymieniać. Oczywiste? Nie dla Julki, która zapomniała maseczki, ale chciała wejść do sklepu. Na szczęscie koleżanka wychodząc dała jej swoją, prosto z twarzy. Zaobserwowane na żywo… Zgroza prosze czytelnika…
5. Wielorazową maseczkę po użyciu należy wyprać. Serio. Ile osób tak robi, że wielorazówkę pierze po KAŻDYM użyciu? Dodajcie do tego zmianę maski za KAŻDYM razem gdy jest wilgotna i nakaz noszenia maseczki zawsze i wszędzie, także tam, gdzie nie ma innych ludzi. Wychodząc z domu do pracy, albo na zakupy i w celu pozałatwiania spraw wypadałoby mieć ze sobą cały worek maseczek na zmianę po kichnięciu lub gdy zawilgotnieje, a po powrocie do domu wszystko do pralki. Kto tak robi? Chyba nikt. Nakaz noszenia maseczek wszędzie, jest pozbawiony sensu, prowadzi do marnowania zasobów i dla 99% ludzi niemożliwy jest do przestrzegania przy zachowaniu zasad higieny. Ale to podobno ja jestem głupi, a nie człowiek idący pustym chodnikiem w masce… na brodzie… A dlaczego ta higiena jest ważna? Bo z dużym prawdopodobieństwem prawidłowo używana maseczka nie szkodzi. Podobnie jak nie szkodzi prawidłowo użytkowana klimatyzacja, którą regularnie czyścimy i dezynfekujemy. Jednak zapuszczona klima powodować może rozmaite problemy zdrowotne. Mam nadzieję, że analogia jest zrozumiała…a nie, klimy też ludzie nie czyszczą, dopóki nie dostaną grzybicy albo innego dziadostwa.

Właśnie, praktycznie nikt nie używa maseczek prawidłowo, a nic złego nie obserwujemy. Pewnie dlatego, że większość ludzi po prostu nie zasłania nosa. Nieraz maseczka jest w ogóle na brodzie, odsłaniając i usta i nos. Ktoś te osoby upomina, np. w sklepie? Nie zauważyłem, sam personel tak nosi! I też nie upominam, bo wiem, że nie mają plecaka maseczek na zmianę. Maseczka, która nie zasłania nosa nie chroni przed COVID, ale też nie będzie miała negatywnych skutków oddychania przez brudną szmatę, bo nos jest na wierzchu.

Proste pytanie: dlaczego ktoś, kto wcale nie ma maseczki jest szykanowany, a ktoś kto nosi nieprawidłowow nie jest niepokojony? Jaka logika za tym stoi?

Pomijam już, że nie każdy ma ze sobą ten worek maseczek na wymianę, po prostu ludzie mają też rózne schorzenia i ograniczenia. W tym wszystkim najbardziej irytujące są osoby, które np. na fb pouczają innych, obrażają, wyzywają od foliarzy, a same nie noszą prawidłowo maseczek, czy wręcz nie noszą ich wcale, nawet w pełnym ludzi publicznym miejscu. Już kilka takich osób przyłapałem i nie do konca rozumiem co dzieje się w ich głowie. W świecie wirtualnym, gdzie nie ma ryzyka zarażenia COVID obsesyjnie domagają się przestrzegania nawet najgłupszych przepisów. Bluzgają, że to nikomu w niczym nie powinno przeszkadzać. W świecie realnym sami łażą z odsłoniętym nosem między ludzi. Przeszkadza im ta maseczka? No niemozliwe… Jeszcze jedno zjawisko na fb jest ciekawe, Praktycznie wszyscy zwolennicy masowego maskowania zawsze i wszedzie to osoby, które nigdy nie kichają. No on nie kicha i już. I nikt w jego otoczeniu nie kicha, więc nie ma problemu z zakichaną maseczką, więc to nie kłopot, że nie ma worka masek na zmianę, zatem uciażliwości związanych z wymianami nie odczuwa… Niesamowite, epidemia wytworzyła nam nadrasę ludzi „niekichaczy”…

Zastosowanie się do tego, przy obowiazku noszenia masek zawsze i wszędzie, oznacza wymianę maseczki conajmniej kilknaście razy dziennie… kto tak robi?

Właśnie, maseczka może być uciążliwa dla ludzi z różnych powodów. To, że po wydechu dalej jest dość tlenu do oddychania pod maską, albo, że kawałek tkaniny prawie nie zatrzymuje przepywu powietrza, nie rozwiązuje sprawy. Osoby cierpiące na migreny zgłaszają duże problemy z maseczkami i pogorszenie swojego stanu zdrowia, do tego stopnia, że odchodzą z pracy z miejsc, gdzie trzeba nosić maseczki. W przypadku migren, jak i paru innych schorzeń, przyczyny nie są do końca rozpoznane, zatem twierdzenie: „maseczka na pewno nie pogarsza stanu zdrowia takiej osoby” jest mocno na wyrost, to jest po prostu nieuprawnione użycie dużego kwantyfikatora. Łapiesz? Z tego, że w jednej kwestii nie powinno być efektów ubocznych, nie znaczy, że w ogóle nie ma żadnych efektów ubocznych zawsze i wszędzie. Z faktu, że tlen przenika przez szmatkę w żaden sposób nie wynika twierdzenie, że dla każdej osoby, w każdych okolicznościach, maseczka pozostanie bez wpływu na zdrowie  (już pomijam tu prawidłwowość użytkowania zgodnie z zasadami higieny). A migreny to w sumie pikuś, są bardziej hardkorowe przypadki.

Nie będę się wdawał w szczegóły, posłużę się przykładem. Jak udziela się pierwszej pomocy osobie z atakiem duszności? Mówi się jej: „hej, tu jest dość powietrza. Patrz, ja moge oddychać, Julka może oddychać, Grażyna, chociaż chorowała na płuca, nie ma problemu, to nie pierdol i też oddychaj!” Żartowałem. Tak się nie mówi. Jak ktoś ma atak duszności, to otwieramy okno i rozpinamy odzież poszkodowanego, staramy się uspokoić. I to nie ważne, że w pokoju jest dość tlenu dla zdrowego człowieka, a nawet dla takiego z chorobą płuc, to nie ważne, że rozpięcie krawata nie ma żadnego wpływu na przepływ powietrza przez nos. Ten krawat trzeba rozpiąć, a okno otworzyć. Osoba, która w takiej sytuacji zacznie mówić, że te działania są bez sesnu, że poszkodowany nie powinien robić scen, tylko oddychać jak wszyscy, jest po prostu bucem. Zgodzisz się, prawda? I jak ktoś ma problem z noszeniem maseczki, np. z powodów psychosomatycznych, a Ty mówisz, że ma „nie pierdolić, tylko zakładać maske na nos”, to też zachowujesz się jak buc. Nawet jeśli masz na poparcie swojej bucowatości badanie przeprowadzone na 15 zdrowych osobach, które przez godzinę nosili maski i nic im nie było. Bo widzisz, to nie ma nic do rzeczy w takich przypadkach. Kompletnie nic. Tak jak z tym krawatem przy ataku duszności.

Nałożenie z dnia na dzień nakazu przedstawiania „zaświadczeń” przez osoby, które mają problem, jest po prostu skandaliczny. Dostęp do lekarzy jest utrudniony, a diagnostyka też trwa. Tymczasem utrudnienie życia jest całkiem realne. To też znamienne, że ci wszyscy kierujacy się rzekomo „nauką” nie nosili maseczek np. w lipcu, noszą je tylko wtedy, gdy jest nakaz. Czyli jak było mniej zakażeń na wiosnę to nosili, a latem już nie nosili… Ja byłem szczerze przerażaony, że podczas kampanii wyborczej udawano, że wirusa nie ma. Spotkania, wiece, tłumy, a żadnej maseczki „bo nie ma nakazu”… Takie bardzo odpowiedzialne…

Jeszcze raz podkreślam: rozsądek, balans… tego brakuje. W sytuacjach zagrożenia nie noszono maseczek, bo nie było nakazu, a teraz jest obrażanie ludzi, którzy w oczywisty sposób pokazują, że nakaz jest zbyt szeroki i prowadzi do absurdów. Jesteś tym gościem, który w lipcu uczesniczył w zgromadzeniach, ściskał się z politykami, którzy właśnie przyjechali z takiego wiecu w innym mieście, wszystko bez żadnych maseczek, a teraz od osoby np. z migreną (albo czymś bardziej harkorowym) wymagasz, żeby nosiła maskę nawet na spacerze na pusych wałach? Bo jak nie to wszyscy umrzemy? Tak? To musisz być strasznie mądrym człowiekiem…

„…a niech chodzi w przyłbicy!”
Jest taka popularna rada dla osób, kóre mają „problem z maseczką”. Problem w tym, że to rada bez większego sensu, z punktu widzenia przeciwdziałania COVID. Tak, jeśli chodzi o unikanie mandatu, to przyłbica, albo „maseczka z koronki” jest całkiem niezła.

„Maseczka ochronna”. Fot. producenta…

Tylko czy chodzi o mandat, czy o przeciwdziałanie COVID? Przyłbica ma naprawdę sens jako uzupełnienie do maseczki, taka dodatkowa ochrona oczu, uzupełnienie osłony pleksą, która może zatrzymać znaczną część bezpośredniego kichnięcia z zewnątrz. Jednak nie zastepuje maseczki, szczególnie gdy przebywamy z innymi w zamkniętej przestrzeni. Wirus roznosi się nie tylko poprzez kichnięcia. Osoba zarażająca rozpyla go także mówiąc i oddychając. Wokół przyłbicy jest otwarty przepływ niefiltrowanego powietrza, wirus może śmigać w obie strony. Ba! Jeśli osoba w przyłbicy kichnie, to wirus rozniesie się na boki! Nie ma możliwośći szybkiego zatrzymania tego np chusteczką, bo przyłbica uniemożliwi przyłożenie chusteczki do nosa. Jeżeli ktos inny kichnie w pomieszczeniu, w którym jesteś chroniony tylko przyłbicą, to wirusa wciągniesz prawdopodobnie wraz z nastepnym oddechem. Nie bez powodu maseczka ochronna MA PRZYLEGAĆ. Przyłbica nie przylega, prawdą? Wiele przyłbic ma też ograniczony rozmiar, przez co nie spełniają funkcji ochronnej dla oczu, która powinna miec przyłbica. To rozwiązanie „przeciwmandatowe”, które zarazem nie rozwiazuje kłopotu osób z problemami na tle psychosomatycznym. Tu zaznaczę, że w sumie „fajnie” wyglądają lekcje jazdy, gdzie kursant lub instruktor mają przyłbice. Siedzą w dwie osoby, w małej odległosci w tej puszce przez godzinę, lub dłużej. Powietrze, kórym oddychają swobodnie przepływa obok ich „osłon” Jak kóryś kichnie, to przyłbica elegancko pozwoli rozprowadzić areozol w całej kabinie… ale przepisy spełnione, twarz zasłonięta! To najważniejsze, a nie, że to kompletnie bez sensu.
W tym wszystkim jest jeszcze jeden problem, całe to maseczkowanie daje złudne poczucie bezpieczeństwa. Mamy maseczki i przyłbice, czujemy się bezpiecznie, więc już praktycznie nikt nie przejmuje się dystansem. Tymczasem nieprawidłowow używane osłony twarzy nie działają, a brak dystansu sprzyja zakażeniom. Efekt? Tysiące potwierdzonych przypadków COVID dziennie…

Szczepienie się

Teraz dochodzi nam jeszcze temat szczepień. I tak jak przy maseczkach w agresywny sposób dyskredytuje się wszelkie wątpliwości, tak i tutaj od razu nastepuje atak, że pewnie ktoś „sie chipa boi”. Kolejny temat, o którym nie da się normalnie rozmawiać, bo z góry narzucona jest narracja o zbawiennym wpływie szczepionki i robieniu idioty z każdego, kto będzie miał trochę inne zdanie. Np. uważam, że masowa akcja szczepień w obecnej sytuacji nie bardzo ma sens i nie ma to zwiazku  „z chipami”, ani „czapkami z folii”.
Wystarczy na trzeźwo popatrzeć na dane, w tym podawane przez producentów i zwolenników szczepionki.
Ustalmy fakty:
1. Prawdopodobnie już ponad połowa populacji miała kontakt z wirusem. Skąd wiemy? Z testów przesiewowych wykrywajacych przeciwciała. W Lombardii już w czerwcu blisko 60% populacji miało wykryte przeciwciała. U nas na krosnieńskiej prowincji, kilka miesięcy temu w jednej z dużych spółek ponad 30% pracowników było „po covidzie”. A to spółka, która ma kilka oddzielnych zakładów, pracownicy musieli „łapać” wirusa nie w pracy, a „na zewnątrz”, jak wszyscy. Należy jeszcze brać pod uwagę odporność na poziomie błony komórkowej (tzn. że wirus nie wnika w komórki). Nie wiemy jaka częśc osób ma taką odporność, a jest to grupa, która nie wytworzy przeciwciał. Zatem domniemuję, że grubo ponad połowa populacji już spotkała się z Sars-Cov-2.
2. Większość polulacji przechodzi COVID-19 bezobjawowo. To nawet ponad 80%. U „objawowych” często są to objawy podobne do grypy. Przypadki „pełnoobjawowe” szacuje się na około 4%, a śmiertelne zagrożenie dotyczy względnie wąskiej grupy, głównie z chorobami współistniejącymi. Tak, nie ma reguły… tak, jest straszan ruletka, nie wiadomo na kogo trafi…
3. W przypadku Polski zagrożenie jest mniejsze niż „średnia światowa”. Cały czas czekam na wyniki badan związku lepszej odpornosci na COVID z szczepionką na gruźlicę. Obecnie nie ma dowodów, są jedynie poszlaki wynikajace ze statystyki i geografii szczepień, co potwierdza wielu ekspertów. Mozliwe jednak, że wystepuje u nas czynnik, który sprawia, że nie ma obaw o najgorszy scenariusz.
4. Skuteczność szczepionki określono na ponad 90%. Przy tym „uważa się”, że zapewnia ona odporność na dłużej niż bezpośrednie zakażenie/przechorowanie wirusa. Nie znalazłem danych wskazujacych jak długo utrzymuje się odporność po przechorowaniu, ani jak długo będzie działała szczepionka. To znaczy: nie wiadomo czy trzeba będzie ją powtarzać co roku, czy co pół roku, czy wystarczy jedna raz na zawsze. Zatem zarówno przy przechorowaniu jak i zaszczepieniu nie ma jeszcze konkretnych liczb, więc nie mam pojęcia co porównano, żeby cokolwiek „uważać” na temat trwałości odporności.
5. Szczepionkę przetestowano na tysiącach zdrowych ochorników. Czyli na tej grupie, u której bezpośrednie zakażenie byłoby w ponad 80% bezobjawowe.
6. Ochotnicy miewali łagodne objawy, skutki uboczne. WIĘKSZOŚĆ zgłaszała przemęczenie i ból głowy. W skrajnych przypadkach były to objawy porónywalne do prawdziwej grypy, to jest ból głowy i mięśni oraz gorączka w nasieleniu eliminujacym z z codziennych czynności takich jak praca. Te objawy dotyczą od kilku % badanych, do blisko 11%, w zalezności od użytego preparatu.
7. Obecnie najwięcej można powiedzieć o dwóch preparatach opartych na mRNA: Moderny i Pfaizera. Szczepionka Moderny jest „silniejsza”, zawiera ponad 3x wiecej mRNA. To jest gigantyczna róznica, więc nie zakładałbym, że są jednakowo skuteczne i jednakowo bezpieczne.
8. Ponieważ w 80% przypadków zakażenie jest bezobjawowe, to nie zawsze wiadomo, czy szczepionka nie jest podawana osobie zakażonej. Przypominam, że zakażenie jest przeciwskazaniem do szczepienia… To co? Każdemu przed szczepieniem robić test?
9. Dopiero w dłuższym czasie będziemy poznawać skutki uboczne szczepionki w połączeniu z różnymi, mniej lub bardziej rzadkimi chorobami. Czyli odkrycie tego, jak szczepionka wpływa na osoby naprawdę śmiertelnie zagrożone COVID-em, jest dopiero przed nami.
10. Obecnie czekamy też na wyniki badań naukowców z Yale, którzy wskazują, że COVID-19 ma charakter choroby autoimmunologicznej. Teoria wygląda sensownie, bo już pierwszy SARS był smiertelny głównie nie z powodu samego wirusa, a nieprawidłowej reakcji systemu odpornościowego.
11. Szczepionki wymagaja prawdłowego przechowywania i transportowania. Równocześnie mamy spory chaos w systemie ochrony zdrowia.
12. Szczepionek brakuje. Pod przychodniami są cyrki. Seniorzy (osoby z grupy ryzyka!) stoja w tłumie, na zimnie i wietrze czekajać na szczepionkę na wirusa, którego wiekszość z nich pewnie już przechorowała. W tych warunkach sa narażeni nie tylko na COVID, ale i na grype i infekcje grypopdobne. Dla wielu z nich to smiertelne niebezpieczeństwo. Ale nie można ich wpuścić do środka do poczekalni, bo …jest epidemia. Moga być stłoczeni pod drzwiami, nie mogą siedzieć w poczekalni…

Zgadza się? Coś pomyliłem, czy tak właśnie wyglądają fakty? To dlaczego nie rozmawiamy poważnie o faktach, tylko o czapkach z folii i „czipach”?

To taka garść faktów, które zebrałem razem, żeby w ich kontekście ocenić zasadność masowego szczepienia całej populacji. Powiedzmy sobie jasno, gdybyśmy mieli do czynienia z chorobą, która jeszcze nie dotkneła większosci populacji, a zarazem ma ostry przebieg u 80% zakażonych, a z tego kolejnych, powiedzmy, przynajmniej 10-20% zabija, to mając szczepionke o potencjalnie 90% skuteczności nie miałbym wątpliwości. Tak, stosować! Nawt kilkudniowa gorączka u 10% zaszczepionych, to żadne ryzyko przy skali zagrożenia! Jednak obecna sytuacja jest całkiem inna i warto pomysleć, czy nie strzelamy z armaty do zająca. Nie mamy do czynienia z aż tak niebezpieczną chorobą (ani nawet tak groźną, ajk się wydawało rok temu) i nie mamy solidnych danych o wpływie szczepionki na najbardziej zagrożone grupy. Mamy naprawdę twarde dane w sumie tylko o tym, że szczepionka nie szkodzi (lub szkodzi w małym stopniu) osobom, dla których COVID jest generalnie niegroźny. Dodajmy: mówimy o szczepionce, która jest prawidłowo przechowywana, transportowana i użyta. Prawidłowo. Wierzysz, ze 100% dawek będzie np. prawidłowo przechowywana?
Ponad połowa populacji miała już kontakt z wirusem powodujacym COVID-19, zanim zakończy się szczepienie, to będą praktycznie wszyscy. Jeżeli zaszczepimy wszystkich, to ciężko będzie w ogóle stwierdzić, czy populacja uodporniła się bardziej przez bezpośredni kontakt z wirusem, czy przez szczepionkę. Tym samym nie będzie wiadmo, czy warto ponosić koszt szczepionki w kolejnych sezonach, czyli np. co pół roku… To znaczy: oficjalna wersja, na podstawie wybiórczo dobranych i odpowiednio zinterpretowanych danych wykaże, że tak, to szczepionka nas ocaliła! Ja tylko zwracam uwagę, że zaszczepiono na razie tylko marginalną część społeczeństwa, a liczba zakażeń i zgonów i tak spada.
Pełnoobjawowy COVID występuje u około 4% zarażonych, a szczepionka ma deklarowane ponad 90% skuteczności. Jeżeli zaszczepimy praktycznie wszystkich, to nawet ciężko będzie zauważyć, czy jest jakikolwiek efekt. Nawet jeżeli zachoruje nadal 5% to wciąż będzie się wydawało, że szczepionka „uodporniła 95%”, nieprawdaż? W każdym razie będzie można tak to przedstawić w statystykach.
Szczepionka daje objawy eliminujące z normalnego funkcjonowania u od 4% do ponad 10% zaszczepionych drugą dawką. Chcemy zaszczepić ponad 30 mln populację dorosłych? To da nam łącznie około 4,5 milionów dni roboczych na „chorobowym” jako dodatkowy koszt szczepień. Trzeba to dodać do kosztu zakupu około 60 mln dawek po blisko 40 zł za sztukę. I tak będziemy robić co pół roku?

Moim zdaniem sensowne byłoby zaszczepienie części, najlapiej tych co najbardziej chcą, w tym z pierwszeństwem dla najbardziej zagrożonych. Następnie monitorować efekty w populacji zaszczepionej i nie zaszczepionej. Tymczasem wybiera się rozwiązanie wymagajace poniesienia ogromnych kosztów i z równoczesnym zamazaniem obrazu efektów. Gdyby choroba dawała bardzo wyraźne i dotkliwe objawy, gdyby faktycznie miała niesamowicie wysoki odsetek przypadków śmiertelnych, jak zaraza na miarę ospy prawdziwej, to szczepionkę z takimi parametrami i efektami ubocznymi brałbym w ciemno. Tylko, że w przypadku ospy śmiertelność osób nieszczepionych to 30%, a przy niektórych odmianach nawet 95%! Tak, na tamto nawet 95% umiera (!), a COVIDA większość nie zauważa. Na jedno szczepienie daje trwałą odporność, a na drugie może uodparniać na pół roku. To są te „drobne różnice”, które sprawiają, że przy jednej chorobie popieram masowe szczepienia, a przy drugiej mam wątpliwości co do sensu regularnego wydatkowania milionów i raczenie się skutkami ubocznymi. Należy sprawdzić działanie szczepionki dla najbardziej zagrożonych grup i jeśli będzie skuteczna, to głównie te grupy szczepić w przyszłości. To nie jest ospa, która ma u zakażonych ciężki przebieg i co trzeciego chorego zabija. Poziom strachu mamy niewspółmierny do zagrożenia. Nie mówię, że zagrożenia nie ma, po prostu byłbym szczęsliwy gdybyśmy umieli zachować rozsądne proporcje i adekwatne reakcje. Warto się nad tym zastanowić, szczególnie, że jest problem z dostawą szczepionek, kontrowersje wokół płatności, a poznanie faktycznych niepożądanych efektów jest dopiero przed nami.

Większość z nas już miała kontakt z wirusem, epidemia powinna ustepować, dzienne liczby zakażonych i zgonów powinny spadać i spadają. To obserwujemy w podawanych statystykach niezależnie od szczepionek, kórych po prostu brakuje. Nie wszyscy sie chcą zaszczepić, ale nawet z tymi, którzy chcą, system nie daje sobie rady. Widzimy kolejki seniorów pod przychodniami. Przecież to jest zgroza.. ten senior już mógł już dawno przejść COVID. Zróbmy takie założenie, że przeszedł, skoro wiekszość populacji miała już kontakt z wirusem, to dlaczego nie ten senior? Zatem jest po COVIDZIE, może nawet nie zauważył, a teraz stoi na zimnie, w tłumie… naraża się na przeziębienie, grypę, czy jeszcze coś gorszego, żeby dostać szczepionke na coś, co już mu nie zagraża. To stanie na zimnie, w tłumie, stanowi weksze zagrożenie niż COVID. Mylę się? To mi wytłumacz, dlaczego się mylę…

Grypa znikneła?

O tym pisałem już w maju ub. roku, gdy „zaskakujaco” spadła lczba zgonów. Teraz niektórzy „eksperci” są zaskoczeni spadkiem zachorowń na grypę, a wątek podchwytują miłośnicy spiskowania. Ograniczenia zwiazane z COVID działają na wszystkie choroby przenoszone w podobny sposób, czyli na grypę, zakażenia grypopodobne itd. Mniej się spotykamy z ludźmi, gdy mamy objawy nie idziemy do pracy, dezynfekujemy ręce itd. Grypa po prostu nie może się tak roznosić, jak w poprzednich sezonach. Do tego dochodzi mniejsza zgłaszalność, bo jest gorszy dostęp do lekarza, a ludzie mogą się obawiać, że „zwykłą grypa” spowoduje kwarantannę, więc nie informują o objawach. Zatem grypa wcale nie zniknęła, ani nie jest tak, że przypadki grypy są klasyfikowane za COVID. Bo COVID naprawdę jest i naprawdę jest niebezpieczny, tylko na szczęście nie aż tak straszny, jak obawiano się rok temu.

Komentarze

komentarzy

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook