Walka z COVID-19 i marnowanie zasobów

Od samego początku pandemii zwracam uwagę, że część podejmowanych działań jest nieskuteczna, a nawet przynosi odwrotne skutki. Nieraz zamiast przeciwdziałania COVID-19 efektem jest wzrost zagrożenia, lub inne skutki uboczne czy choćby bezsensowne marnowanie zasobów.

W walce przeciw COVID-19 w wielu krajach, w tym niestety w Polsce, popełniono krytyczne błędy. Jeszcze na wiosnę, pomimo pewnych wad, wyglądało, że istnieje realny do wykonania PLAN obrony. Latem okazało się, że nic z tych rzeczy… a na jesień mamy istnie „żniwa śmierci”. To co dzieje się w październiku i listopadzie jest zrealizowaniem niemal w 100% „czarnego scenariusza”, który opisałem już na początku lutego (apkaliptyczny wpis z 02.02.2020)… Opisałem to na podstawie powszechnie dostępnych informacji… To przykre, że rząd, który teoretycznie dysponuje o wiele większymi możliwościami zebrania i analizowania informacji okazał się kompletnie nieprzygotowany na tę katastrofę.

Wracajac jednak do tytułu felietonu, poniżej przedstawie na przykładach jak wygląda marnowanie zasobów w walce z COVID-19 i generowanie zagrożeń zamiast ich ograniczania. Czasami są to rzeczy drobne, czasami bardzo grube.

„Wezwij karetkę”

Ograniczenie podstawowej opieki zdrowotnej głownie do teleporad. Ocena stanu pacjenta bez osłuchania, bez zweryfikowania temperatury… zapisywanie leków, w tym antybiotyków przez telefon… to jest coś strasznego. Lekarze ubezpieczają się jednak poradą: „w razie gdyby się pogarszało, to do szpitala na SOR, albo wezwać 999”. W skrócie: „dzwoń Pan po karetkę”. system ratownictwa został przeciążony wyjazdami do pacjentów, którzy nie są prawidłowo leczeni. Pomijam tu inne problemy, wskazuję jedynie na marnowanie zasobu, jakim są ograniczone siły ratowników i liczba karetek. Przed pandemią nie było różowo. Bywało, że np. karetki z naszego powiatu musiały wspierać sąsiadów, lub odwrotnie. A teraz? Przy dodatkowych problemach z przekazaniem pacjenta do szpitala? W newralgicznym punkcie tracimy jednostki, które powinny zajmować się tylko najciężymi przypadkami, bo ta „pierwsza linia” w postaci POZ zamyka się przed pacjentami. Różnie jest w różnych przychodniach. Czasem lepiej, czasem gorzej, nie ma co wrzucać wszystkich do jednego worka. Ale przepisanie antybiotyku na podstawie kasłania do słuchawki, to chyba jest jednak coś nie tak, zgodzicie się?

Godziny dla seniora

Jeden z najgłupszych pomysłów walki z epidemią. Wprowadzenie tych godzin sprawia, że osoby, które nie są seniorami sa kumulowane w sklepach tuż przed 10 i po godzinie 12. Nie mogą już normalnie zrobić zakupów pomiędzy powiedzmy 9 a 12 godziną. Muszą sie zmieścić albo przed 10, albo czekać do 12. Ta sama ilość osób będzie robić zakupy w krótszym czasie, a to znaczy wieksze skupisko, co sprzyja COVID. Sprzyja, a nie zapobiega. Co wiecej, w godzinach 10-12 w wielu sklepach zrobiło się pusto. Jaka była odpowiedź? Superpromocje dla seniorów. Tylko w tych godzinach. Zachęta do dodatkowego wychodzenia na zakupy przez osoby z grup podwyższonego ryzyka. Ba, to wręcz zachęta, żeby z domu wysłać właśnie seniora na zakupy! Ponownie efekt sprzyjajacy COVID, a nie zapobiegający. Nie koniec problemów, bo jak już Twój senior będzie miał teleporadę i zostaną mu zapisane leki, to w godzinach 10-12 teoretycznie nie mozesz pójść i wykupić mu recepty w aptece. Wyjątek dotyczy tylko stanów zagrożenia życia i zdrowia. Ale to oznacza, ze zmiast wejsć i wybrać leki z recepty, musisz najpierw się wytłumaczyć dlaczego łamiesz rozporządzenie dotyczące godzin dla seniorów, a później ktoś moze stwierdzić, że to jednak „nie stan zagrożenia życia i on nie bedzie ryzykował, że to prowokacja”. Teraz pomyśl, że np. ok. 12 masz zaplanowany wyjazd, a do 12 nie mozesz kupić leków dla taty, albo babci… bo Mateusz ogłosił, że nie możesz. A jeżeli choroba nie dotkneła seniora? Jeżeli młodsza osoba (np. 20-40 lat) w rodzinie cierpi.. .i nie jest to stan zagrożenia życia, może niby poczekać dwie godziny… stajemy wtedy przed wyborem: pozwolić, żeby niepotrzebnie bolało przez 2 godziny, albo …wysłać do apteki seniora z rodziny. Rozumiem, że nikt wsród piszących rozporządzenie nie brał pod uwagę takich możliwości. Mamy do czynienia z działaniem nieskutecznym, generujacym wzrost, a nie spadek zagrożenia. Wiąże się też z marnowaniem zasobów. Przestrzeganie tych „godzin dla seniorów” teoretycznie wypadałoby kontrolować. Każda kontrola, czy sprawdzenie doniesienia o tym, że ktoś nie przestrzega, to absorbowanie SANEPID-u, policji czy straży miejskiej. To jest angażowanie godzin pracy służb, które są potrzebne w innych miejscach. Marnujemy siły na działnie nieskuteczne, a nawet szkodliwe.

Pomiary przy drzwiach do instytucji

Termomentry, bramki, strażnicy miejscy (w przychodniach pielegniarki lub inny personel) przy drzwiach sprawdzają jaką masz temperaturę, zadają nieraz dodatkowe pytania o zdrowie. Pomiary często z zafałszowanym wynikiem (w urzedzie w Krośnie zauważyłem przekłamanie nawet o 2 stopnie!), wykonywane przez osoby bez uprawnień medycznych. Teoretycznie ma to przeciwdziałać wejsciu osób chorych. ale niestety, COVID może zarażać przed wystapieniem objawów. Natomiast same objawy mogą być takie same jak w setkach innych schorzeń. Katar czy kaszel moga być objawem niegroźnej dla innych alergii, mogą być objawem zwykłego przeziębienia (czyli infekcji górnych dróg oddechowych) i oba te objawy wcale nie muszą wystepować przy COVID. Kaszel można mieć od palenia papierosów albo szeregu innych chorób, np, autoimmunologicznych. Tymczasem Urząd Miasta Krosna (i wiele innych instytucji!) stwierdza, że osoby, które mają katar albo kaszel nie będą obsługiwane „bo COVID”. A temperatura? Podwyższona temperaturę też można mieć z wielu powodów. Nieobsłużenie osoby, która nie ma COVID nie chroni nas w żaden sposób przed COVID. To generuje tylko dodatkowe zagrożenia, bo ktoś niepotrzebnie wyszedł z domu, albo musi wysłać kogoś innego do załatwienia sprawy. Samo kontrolowanie np. temperatury wiaże się z absorbowaniem godzin pracy np. straży miejskiej. W czasie gdy brakuje patroli, a Policja jest przeciążona sprawdzaniem ludzi na kwarantannach, straż miejska zajmuje się sprawdzaniem temperatury interesantów w urzędzie. I co z tego wynika? Nic co chroni przed COVID. Mam na piśmie odpowiedź z Urzędu, że nie ma wskazanego poziomu temperatury, przy którym osoba nie będzie wpuszczona. Na kartce na drzwiach napisali, że nie wpuszczją z podwyzszoną temperaturą, ale pisemnie poinformowali, że strażnicy nie mają żadnej definicji ani żadnych wytycznych jak traktować „podwyższoną temperaturę”. Pic na wodę, zakup urządzeń i marnowanie godzin pracy funkcjonariuszy, w czasie gdy brakuje pieniędzy w budżecie i brakuje patroli na mieście… To jest nieskuteczne także przez powszechny dostęp do paracetamolu. Osoba z podwyższona temperaturą może po prostu wziąć tabletkę albo dwie i już nie ma podwyższonej temperatury. Może wejść do urzędu i kogoś zarazić. Dwie osoby mogą mieć podobny stan zdrowia i temperaturę, ale jedna nie będzie wpuszczona bo „podwyższona”, a druga wejdzie „bo paracetamol”. Teraz przypominam: podniesienie temperatury to naturalna reakcja obronna organizmu. Właściwie jest wskazana i stanu podgorączkowego nie powinniśmy pacyfikować paracetamolem. Jednak ogłoszenia na drzwiach wielu urzedów skłaniają ludzi do niepotrzebnego i niezdrowego działania, żeby załatwić coś w urzędzie trzeba sobie „profilaktycznie” zaszkodzić. To nie przeciwdziała COVID, za to marnuje zasoby. Cieszę się, że w mojej przychodni nie robią takich głupot. Jest wprowadzonych szereg mechanizmów podnoszących bezpieczeństwo, ale nikt nie mówi, że jak przychodzisz do przychodni to musisz być zdrowy. Żeby nie było wątpliwości, to od razu zaznaczę: te wstępne kontrole są oczywiscie wskazane w szpitalach, bo tam trzeba dokonać wstępnej oceny jakiej pomocy i jakich środków bezpieczeństwa wymaga pacjent. To nie jest procedura, która ma prowadzić do odmowy wykonania usługi, jak w Urzędzie Miasta. I tam wywiad z pacjentem i pierwsze procedury medyczne wykonują osoby wykwalifikowane: ratownicy i pielęgniarki, a nie strażnicy miejscy.

Maseczki w otwartej przestrzeni

To kolejne szalone rozwiązanie, z którego jest więcej szkody niż pożytku. Zgodnie z rozporządzeniem osłonę nosa i ust musimy nosić nawet w otwartej przestrzeni, gdy w pobliżu nie ma innych osób. Takie działanie nie stanowi żadnego przeciwdziałania COVID, bo COVID przenosi się między ludźmi. Nie ma ryzyka zarażenia, to środek ochronny nie przeciwdziała zarażeniu. Proste. A gdzie szkodliwość? Już objaśniam. Prawidłowe używanie maseczki wymaga wymiany, gdy maseczka robi się wilgotna (jednorazowa do wyrzucenia, wielorazowa do dezynfekcji). Dlaczego? Bo grzyby i bakterie lubią cieplutkie i wilgotne środowisko, które tworzymy tuż przy swoim nosie, jeśli nie wymienimy maseczki. Jeżeli będziemy nosić maseczki dłużej, to częsciej będą wilgotne, częsciej będą wymagały wymiany i prania. Szybciej będa się zużywały. Czyli zużywamy zasoby, marnujemy środki ochronne w miejscach, gdzie nie ma zagrożenia. Albo używamy tych środków nieprawidłowo, nie wymieniamy, nie dezynfekujemy… zbieramy wilgoć i mikroby. Zaczynamy zagrażać sobie infekcjami, np. osoby cierpiące z powodu czestych infekcji zatok moga się szybko w ten sposób „załatwić”. Oczywiście znajdą się zawsze ćwierćinteligenci, którzy powiedzą: „Głupi foliarzu! Maseczki nie szkodzom! To udowodnione naukowo. Stul dziób i noś maseczki tam gdzie każom!!”. Problem w tym, że taki ćwierćinteligent nie zwraca uwagi na istotny szczegół, o kórym mówią eksperci: „prawidłowo używane”. A prawidłowo używane oznacza wspomniane wymiany i dezynfekcje. A wymiana i dezynfekcja to zużycie zasobów. A generowanie niepotrzebnego zużywania zasobów, w czasie gdy wszystkiego brakuje, to błąd.

Teraz przykład: Janek idzie do sklepu. Droga do sklepu zajmuje Jankowi 25 minut, a same zakupy 10 minut. W sumie cała wyprawa zajmuje 60 minut. Gdyby Janek użył maseczki tylko w sklepie, to będzie ja nosił (i zużywał) tylko przez 10 minut. Jeżeli ma ją nosić całą drogę, to oznacza 6x szybsze zużywanie zasobów maseczek, którymi dysponuje Janek. To 6x wieksze zużycie nie przekłada się na spadek zagrożenia COVID. Równocześnie powoduje zagrożenie innymi chrobami, bo pod maseczką gromadzi się wilgoć sprzyjająca rozwojowi bakteri, które każdy ma np. na skórze, nawet jeśli regularnie dba o higienę. Teraz rozwińmy przykład, powiedzmy, że Janek będąc w sklepie miał kontakt z osobą z COVID i w efekcie wirus osiadł wraz z areozolem ze śliny na maseczce Janka. Przykładowy Janek został w ten sposób ochroniony. Normalnie po wyjściu ze slepu Janek zdjąłby maseczkę i byłby nadal bezpieczny. Jednak stosując się do rozporządzenia, Janek idzie przez pół godziny w maseczce, na kórej jest wspomniany Sars-Cov-2. Każdy wdech powietrza oznacza szansę na wciągnięcie wirusa pomiędzy włóknami maseczki wprost do nosa Janka. Z upływem czasu szansa rośnie, bo areozol stopniowo wysycha, jego cząsteczki maleją i łatwiej moga przeniknąć barierę w postaci maseczki. Dzięki rozporządzeniu Rady Ministrów wirus dostał właśnie dodatkowe pół godziny na to by dosięgnąć Janka.

Uwżam zatem nakaz zasłaniania ust i nosa, nawet na otwartej przestrzeni, za jeden z wielu błędów w rozporządzeniach, które mają przeciwdziałać COVID-19.
Wiecie co mnie przeraziło? Szaleńcy, którzy głoszą, że wilgoć pod maseczką niczym nie grozi, bo to suche powietrze sprzyja zakażeniom, a wilgoć jest zdrowa… To sie w głowie nie mieści, że ktoś może być tak głupi, ale jeżeli będzie postepował zgodnie z tym co mówi, to dość szybko zasłuży na „Nagrodę Darwina”.

 

I wiecie co jeszcze jest znacznym problemem? Kompletni fanatycy, którzy popierają wszelkie, bezsensowne działania, a ich jedyną odpowiedzią na krytykę jest: „to co, uważasz, że nie należy walczyć z COVID?” Na stanowiskach decyzyjnych mamy badzo często ludzi niekompetentnych, którzy gotowi są marnować zasoby na byle jakie działania, bez analizy efektywności, skutków… I jeszcze uważają, że postepują słusznie.

Komentarze

komentarzy

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook