Co się „odwyborowało”? [Wybory prezydenckie AD 2020]

Za nami wybory na prezydenta RP. Właściwe podwójne wybory. Nie, nie że dwie tury. Po prostu oprócz wyborów w czerwcu były jeszcze w maju, tylko, że wtedy nie było głosowania, co zostało uznane za brak kandydatów… Wyniki wszyscy już z grubsza znają. Ja pokuszę się o uwypuklenie kilku motywów, które gdzieś umykają w „głównej narracji”. Możemy po prostu wrócić do tych wydarzeń z pewnego dystansu.

Zacznijmy od maja. Juz wtedy napisałem, że wobec tego co się dzieje, nawet nie będę robił tradycyjnych „opisów kandydatów” na moim blogu. Bo wybory 10 maja nie powinny się odbyć. Szeroko napisałem o tym tutaj, chociaż i tak nie wyczerpałem tematu. I nie, nie chodziło mi o „koperty śmierci”. Ja uważam, że zaproponowane zasady głosowania były nie do przyjęcia i zostawiały zbyt wiele luk na łamanie zasad wyborów, a nawet oszustwa. Władza dążyła do wyborów, a główna formacja opozycji krzyczała o „kopertach  śmierci” i opóźniała wszelkimi dopuszczalnymi sposobami przygotowania. Podkreślam, że dopuszczalnymi sposobami. Zadziałano w pełni legalnie i rządzący powinni mieć świadomość jakie są terminy i brać je pod uwagę. Nie wzięli i …wybory się nie odbyły.

Z „Sekcji gimnastycznej” na fb.

To znaczy odbyły się, ale nie było głosowania. A to PKW potraktowała, jakby nie było kandydatów, chociaż kandydaci byli. Ogłoszono ponowne wybory, z tymi samymi kandydatami, ale z możliwością dozbierania podpisów na nowego kandydata. W wielkim skrócie: kompletny bałagan. Decyzje po prostu bez podstaw prawnych, czy z jawnym pogwałceniem logiki, jak uznanie, że brak głosowania, to jest to samo co brak kandydatów. Bzdura, ale akceptowana przez praktycznie wszystkich. PiS-owi pozwoliło to wyjść z sytuacji, gdy nie udało się przeprowadzić wyborów. Czyli spoko. Platformie dało to szanse na podmiankę kandydata i ostatecznie prawie wygrali. Czyli też spoko. Dwie główne partie zaakceptowały gwałt na logice i prawie. Dlatego przed tymi ponownymi wyborami też się nie emocjonowałem, ani nie skupiałem za bardzo na kandydatach czy opisach ich programu, bo jakiż to ma sens wobec takiego upadku życia politycznego na twarz?

Brutalizacja

Cechą tej kampanii był już naprawdę groźny poziom brutalizacji. Jeszcze trochę i wchodzimy na poziom bojówek i walk ulicznych. Na razie agresja jest głównie słowna, w memach, okładkach czasopism, niszczeniu materiałów wyborczych. Ale to tylko krok, od rozpoczęcia regularnych bójek miedzy ekipami rozwieszającymi i niszczącymi banery, albo od pobicia kogoś za polityczną koszulkę. Medialna agresja sięgnęła niesamowitych poziomów, przykładem może być atak na Dudę polegający na rozdmuchaniu ułaskawienia sprzed kilku miesięcy. No właśnie, sprawa sprzed kilku miesięcy, a wyciągnięta na pierwsze strony na tydzień przed II turą. Ogrom manipulacji, zero myślenia o tym, co mogą czuć „bohaterowie” tej historii. Udawanie, że chodzi o czyjeś dobro, a nie o politykę i wybory… jeśli faktycznie o czyjeś dobro, to dlaczego nie od razu, gdy było ułaskawienie? Dlaczego bez poszanowania prywatności? I dlaczego po wyborach już cisza? Bo wiecie, że grzanie tego tematu to przegięcie i po wyborach to już można udawać, że nic się nie stało? Czy ktoś zrobił badania i mu wyszło, że tak ordynarny atak mógł mieć odwrotny efekt? Czyli przed wyborami to było strasznie ważne, trzeba było o tym mówić, a jak ktoś zwracał uwagę na dobro rodziny, której to dotyczy, to stawał się sam ofiara ataków i wyzwisk. A po wyborach już nie trzeba o tym mówić? A chociaż „przepraszam” potraficie powiedzieć? Czy macie taki zwyczaj, że obrażacie ludzi, a później udajecie, że nic się nie stało?

To jeden przykład, z jednej strony, ale kampania była taka, że opisanie wszystkich brzydkich chwytów wszystkich stron, to materiał na solidną pracę naukową z zakresu marketingu politycznego, gdzie każda sytuacja byłaby szczegółowo przeanalizowana. Nawet coś takiego: telewizja publiczna praktycznie nie pokazuje częsci kandydatów, a jeśli już, to ma to charakter np. wyrwanego fragmentu rozmowy Stanisława Żółtka z internautami, gdzie ten całkiem sympatycznie odpowiada na humorystyczne pytanie. TVP nadaje temu jednak zupełnie inny kontekst, a kolejni eksperci w studiu pastwią się nad kandydatem słownie,robiąc np. złośliwe uwagi nt. fryzury… i to w czasie, gdy rząd pozamykał zakłady fryzjerskie… Komizmu dodaje fakt, że cały ten spektakl zaburza „ekspert” Marian Kowalski (rety, jakim cudem robi się z niego komentatora spraw politycznych?? Zrozumiałbym gdyby komentował zawody typu „Strongman”), który przypomniał, że Żółtek był np. wiceprezydentem dość dużego miasta. To wszystko poszło już w straszne opary absurdu… Zresztą to ma swoją kontynuację, jak choćby rozpętanie awantury wokół jednej petycji złożonej przez jedną osobę. Głosy rozsądku, jak stanowisko Szymona Osowskiego z Sieci Watchdog, to zupełna rzadkość. Najwyraźniej dla tzw. „obrońców Konstytucji” prawo jest ważne tylko gdy im się podoba. Gdy ze swoich praw chce skorzystać ktoś o odmiennych poglądach… to co to, to nie.

Co się odwyborowało? Kto przegrał?

Szymon Hołownia, sfaulowany przez PKW…

Teraz możemy sobie na spokojnie popatrzeć na wyniki. Weźmy pierwszą turę, bo to ona jest istotna dla oceny sytuacji na cenie politycznej. Kto jest największym przegranym? Do tego miana aspiruje dwóch zawodników: Szymon Hołownia i Robert Biedroń. Hołownia przegrał z partyjna ustawką POPiS, gdyby nie przełożenie wyborów i zamienianie kampanii w sztafetę, to Szymuś byłby  w II turze. nie mam co do tego wątpliwości. I nawet mógłby wygrać tę drugą turę, bo nie jest tak obciążony negatywnym elektoratem, jak działacz PO, były poseł czy prezydent Warszawy. Tak, Dudzie łatwiej było wygrać z Trzaskowskim, niż z Hołownią. Obie partie miały interes, żeby jakoś zaklepać ten ponowny termin i udawać, że tak można. Może mi się osobiście nie podobać postać i kampania Szymka, ale to właśnie ten kandydat miał szanse wygrać z Dudą i jest to dość obiektywne stwierdzenie. Wynik Hołowni pozwala jednak myśleć o stworzeniu własnego komitetu do wyborów parlamentarnych. Tak zrobił poprzednio Paweł Kukiz. Sytuacje obu celebrytów na wejściu do polityki są zupełnie odmienne, więc proste przełożenie, że „to tak jak Kukiz”, jest nadmiernym uproszczeniem. Tej kwestii poświęcę osobny felieton za kilka dni, tym bardziej, że „Ruch Hołowni” jest odnotowywany w sondażach. Może namieszać w polskiej polityce i ma też duże szanse na to, by nie powtórzyć błędów Kukiza.

Nie dostał nawet głosów LGBT+?

Drugim wielkim przegranym jest, jak wspomniałem, Robert Biedroń. Kompletna klęska kandydata lewicy widoczna jest w liczbach i procentach. Robert, jako kandydat połączonych sił lewicowych, uzyskał zaledwie 432 129 głosów. to mniej niż Janusz Korwin-Mikke 5 lat temu. To mniej niż Magdalena Ogórek (tak, tak ta pani była kandydatką SLD) i Janusz Palikot, którzy łącznie 5 lat temu uzyskali 565.125 głosów. Pamiętajmy, że te wyniki sprzed 5 lat były przy znacznie niższej frekwencji! Biedroń, który miał być nowym powiewem lewicy, pomimo zjednoczenia, poparcia nawet przez „Razem” nie pozyskał nowych, lewicowych wyborców, a nawet stracił tych, którzy popierali kandydatów lewicy 5 lat temu. Ba! On zgubił około połowę wyborców samej Wiosny z 2019 roku, gdy ta zdobyła 826 975 głosów. To sama Wiosna, a reszta lewicy? To w 2019 było w sumie około miliona głosów plus głosy na SLD w ramach Koalicji Europejskiej. Robert Biedroń mógł stracić nawet 2/3 poparcia lewicy zaledwie w rok.  Nawet w Słupsku, gdzie według swoich własnych zapewnień był „superprezydentem” ludzie jakoś go nie poparli. Komentatorzy są dla niego nazbyt łaskawi, nie obrazując skali tej totalnej klęski. Na to wpływ na pewno miała groźba II tury w składzie Duda – Hołownia. Wyborcy lewicy już w pierwszej turze odpłynęli do Trzaskowskiego, bojąc się takiego scenariusza. To pokazuje, że polska lewica ma bardzo skromny „twardy elektorat”. Przecież gospodarczo Trzaskowski jest bardzo odległy gospodarczo od Razem. Światopoglądowo wcale nie jest taki Wiosenny. Jako polityk Platformy i prezydent Warszawy zbierał bęcki od ideowych działaczy lewicy takich jak Ikonowicz i Śpiewak za działania w sprawie „afery reprywatyzacyjnej” w stolicy. I to wszystko nie przeszkadza około 70% wyborców lewicowych, żeby już w I turze oddać głos na Trzaskowskiego, transferując swoje poparcie bardziej w centrum.

Kto wygrał?

To w takim razie kto jest największym wygranym? Duda? Nie… wygrał wybory, ale ledwie o włos, trudno zatem określić go „największym wygranym” tej kampanii. Wybory pokazały, że zmobilizowany „antyPiS” jest już niemal tak silny jak pełna moc maksymalnie zmobilizowanego PiS-u. Czy rządzący wyciągną z tego wnioski? …a jeżeli tak, to czy te wnioski będą miały ręce i nogi? Czy wielkim wygranym jest Trzaskowski? Też nie. To nie było poparcie dla niego, ani nawet dla Platformy. To były głosy przeciw PiS. głosy skrajnie różnych wyborców, bo kartki na Trzaskowskiego obok siebie wrzucali sympatycy Biedronia i Brauna, Zandberga i Korwina-Mikke. To zdecydowanie nie jest jednolita grupa zdolna poprzeć spójny projekt polityczny. To są ludzie, którzy zacisnęli zęby i z często bardzo różnych powodów głosowali przeciwko Kaczyńskiemu.

Teraz ta zbieranina skutecznie się rozbija wzajemnymi oskarżeniami, wylewaniem pomyj na Kamysza czy Biedronia, „że za mało pomogli i dlatego Rafał przegrał”. Ale jakże miał pomagać Biedroń, skoro Trzaskowski robił wszystko by przymilić się narodowcom od Bosaka? Bosakowi też się dostaje, bo około połowy jego wyborców ośmieliło się zagłosować w drugiej turze na Dudę. Dalej mamy obrażanie ludzi tylko dlatego, że mieszkają tam gdzie mieszkają. Mamy też przedziwne fikołki, że to niby obietnica 500+ przeważyła. Ludzie kochani, przecież Rafał też obiecywał 500+. Nie obiecywał odmiennej wizji, tylko szedł w licytację na obietnice „kto da więcej!” Jakże możecie mówić, że Duda przekupił wyborców, skoro Rafał przekupywał praktycznie dokładnie tak samo? ..no chyba, że zakładacie, że Rafał tylko kłamał żeby zdobyć głosy. W takim wypadku, dlaczego uważacie, że ktoś inny „jest głupi bo nie głosował na Rafała”? Przecież, taki wyborca też zorientował się, że Rafał kłamie, jednak nie zagłosował na kogoś kto kłamie? Jeżeli uważacie, że Trzaskowski kłamał, to dlaczego wyzywacie od głupków kogoś, kto się nie nabrał? I tak źle i tak niedobrze, bo była to kampania bez wizji, bez pomysłu, jedynie na przesłaniu „precz z PiS”. I tu jednak troszkę brakło. To chwilowe zjednoczenie „antyPiS” okazuje się bardzo chwilowe. Ktoś może nawet dojść do wniosku, że „antyPiS”, niezależnie od stopnia mobilizacji, nie jest w stanie wygrać, jeżeli będzie budowany wokół Platformy, bo to za duży balast.

Największym wygranym tych wyborów uznałbym jednak Krzysztofa Bosaka. Jako kandydat Konfederacji połączył elektoraty aż czterech kandydatów sprzed 5 lat. Korwin-Mikke 486 084 głosów, Grzegorz Braun 124 132 głosów, Marian Kowalski 77 630  głosów i Jacek Wilk 68 186 głosów walczyli 5 lat temu o podobny elektorat. Bosak nie tylko dodał te elektoraty, ale jeszcze powiększył je o dodatkowe niemal drugie tyle zdobywając 1 317 380 głosów i poprawiając wynik Konfederacji z wyborów do Parlamentu Europejskiego. To wszystko pomimo, że Marek Jakubiak grał tym razem osobno, a o bardzo podobny elektorat walczył też Stanisław Żółtek.

Bosak był wygranym jeszcze z jednego powodu. Przed pierwszą turą był bezpardonowo atakowany z każdej strony. Jednak jego wynik sprawił, że obaj kandydaci z II tury zaczęli zabiegać o jego elektorat. Tego nie było w w przypadku pozostałych kandydatów, bo było jasne, że od Hołowni czy Biedronia przepływ wyborców będzie głównie w stronę Trzaskowskiego. Walka rozgrywała się o pozyskanie sympatii tej grupy lub o oficjalne poparcie ze strony samego kandydata. To były dwa tygodnie, kiedy media i politycy obu stron zmienili język. Nagle nie „naziole”, a patrioci, nie faszyści, a wolnościowcy, no i szczerzy narodowcy, a nie „ruskie onuce”. Tak, to chwilowe i tylko pod wybory, ale cytaty zostaną i zapewne będą latami przypominane przy okazji wytykania hipokryzji. W II turze, jeśli wierzyć sondażom, wyborcy Bosaka podzielili się niemal po równo między Dudę i Trzaskowskiego. To wbrew pozorom nie znaczy, że w Konfederacji jest głęboki podział, raczej wyborcy Bosaka mają bardzo daleko do obu rywali, a o oddaniu głosu na „mniejsze zło” mogły decydować niuanse i szczegóły.

Ot np. przed II turą ostrej krytyce poddano Jacka Komudę, jednego z najlepszych współczesnych polskich pisarzy fantasy za …opowiadanie. Redakcja, która opublikowała tekst musiała mocno przepraszać, bo ktoś się dopatrzył „homofobii…”, więc wolność sztuki i wolność słowa idą precz. Podobnie za granicą lewicowe gromy sypia się na autorkę „Harrego Pottera”. Jakiż to może mieć związek z wyborami powiecie? Trochę może mieć. Lewica dziś nie ma w Polsce Sejmu, prezydenta, ani wpływu na policję i prokuraturę, a jednak potrafi zaszczuć pisarza i redakcję czasopisma, którego korzenie sięgają jeszcze PRL. No właśnie, nawet wtedy fantastyka była wolna, stanowiła wręcz furtkę do unikania cenzury, pozwalała krytykować socjalistyczne realia, z czego korzystał między innymi Lem. A tu nagle, 30 lat po upadku „komuny” można szczuć na pisarza za opowiadanie o fikcyjnych wydarzeniach w fikcyjnym świecie… w tych okolicznościach ktoś może wpaść na pomysł, że dawać więcej władzy obozowi, który szczuje na pisarzy za ich twórczość jest jednak słabe. Ktoś inny może uważać, że byłoby spoko zmusić PiS do „dogadywania się” i chcieć zabrać im prezydenta. Kogoś mogły np. przekonać słowa samego Jarosława Kaczyńskiego, że jedna partia nie powinna mieć pełni władzy. I to mógł być jedyny powód, ta sama osoba mogła 5 lat temu z tego powodu zagłosować na Dudę, a teraz przeciwko Dudzie. Ktoś jeszcze inny powie, że „antyPiS” przecież żadnego dogadywania nie chce, że będzie tylko nasilenie konfliktu i dalsza licytacja kto da więcej socjalu. Tworzona jest narracja, że podział PiS – PO to skrajności, ale nie dla każdego to tak wygląda. Jeżeli ufać sondażom to około połowy wyborców Bosaka zagłosowało przeciwko Dudzie, jeżeli Bosak zignoruje ten sygnał i będzie szedł w stronę współpracy PiS, to tę połowę sympatyków może stracić.

Co dalej?

Bosak niewątpliwie odniósł sukces, jednak Konfederacja w obecnej formule jest „zakładnikiem” własnych radykalizmów. Nie może złagodzić tonu, bo straci radykalnych wyborców. Bedzie miała problem z pozyskaniem nowych, właśnie z powodu radykalizmów. Może stać się stałym elementem sceny politycznej i przysłowiowym „języczkiem u wagi” w Sejmikach i przyszłym Sejmie, ale nadal jest zamknięta w około 10% poparcia.

Otwarta jest rola „Ruchu Hołowni”, kóry stanowi zagrożenie przede wszystkim dla Platformy Obywatelskiej, bo nie ma jej balastu, a zabiega o podobnego wyborcę… i o ile całkowicie nie pokona Platformy, to de facto będzie ratował PiS. Zapewne w sposób niezamierzony.

Kandydat PO otrzymał wysoki wynik, ale to sukces pozorny. Ta grupa wyborców była niespójna i jest niestała. Teraz będzie rozrywana pomiędzy „Ruch Hołowni”, a lewicę. Im bardziej PO będzie walczyć z lewicą o elektorat, tym więcej będzie tracić na rzecz Hołowni. Platforma może byc zmuszona do szpagatu, którego może nie wytrzymać, tym bardziej, że jak kilka razy wspomniałem, jest obciążona nieprzyjemnymi rzeczami.

Lewica po klęsce musi szukać nowych sposobów utrzymania i zdobywania wyborców. Obawiam się, że tym sposobem ma być dalsza radykalizacja…. Bo bez radykalizowania nastrojów elektorat łatwo odpływa do PO. To rozsądna taktyka z punktu widzena lewicy i jak widać już stosowana. To pomoże też utrzymać się Konfederacji, jako kumulującej przeciwny radykalizm. Ale raczej to nie poprawi poziomu debaty publicznej, gospodarki i bezpieczeństwa w kraju… No trudno… Taki mamy system, a facet, który to chciał zmienić rozbił cały swój potencjał i poszedł do PSL…

Mniej więcej to nam się odwyborowało.

Komentarze

komentarzy

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook