Nasza planeta umiera, jest coraz gorszym miejscem dla życia

Coraz częściej słyszymy, że „Ziemia umiera”, że „ranimy planetę”, albo że „Ziemia dusi się CO2”. Powstają memy, albo hasła na młodzieżowy strajk klimatyczny. Już teraz ogromna część naszych lądów pokryta jest pustyniami, a może być jeszcze gorzej. Wiemy o tym, bo w przeszłości, i to niedalekiej, bywało już mocno gorzej… Tekst długi. Na samym końcu podrozdział poświęcony „suszy w Polsce”. Na wstępie też zaznaczam, że może i nie wyrażam poglądów „głównego nurtu”, przy czym nie kwestionuję  danych naukowych.

„Nie odróżniasz pogody od klimatu, matole!”

Od czego zacząć, gdy temat tak obszerny? Na dodatek jesteśmy atakowani w ostatnim czasie naprawdę gigantyczną ilością komunikatów (nie nazwę ich informacją), które narzucają określony sposób myślenia. I nawet nie waż się myśleć inaczej! Bo widzisz, jak w styczniu jest wyjątkowo ciepło, to jest dowód niezbity, że człowiek ocieplił klimat, „a matoły nie wierzyły! I co teraz?! Widzicie jaki ciepły styczeń? Wy niedouczeni płaskoziemcy!” Natomiast gdy jednak zimą są srogie mrozy, albo gdy co gorsza maj, czerwiec, lipiec, albo sierpień będą wyjątkowo zimne, to po prostu: „hehe, ale matoły, nie odróżniają pogody od klimatu, no jak można być takim kretynem?!” ewentualnie dodadzą jeszcze, że: „ocieplenie powoduje, że często będzie zimniej, to tak działa, ty głupku”. W ogóle dyskusja nad kwestiami ekologii i ochrony środowiska weszła w jakąś taką dziwną fazę, że po prostu nie ma dyskusji. Przyjmujesz dogmaty, albo dostaniesz potok wyzwisk. Bez logiki, bez konsekwencji, bez cienia zastanowienia. A problem jest poważny! Skalę obrazuje wpis Jasia Kapeli z „Krytyki Politycznej”, gdzie autor postuluje zakaz jazdy samochodem jeżeli nie jadą co najmniej dwie osoby, albo w ogóle zakaz posiadania aut.

W maju lało i było zimno. To znaczy, że nie ma „globcia” i nie grozi nam susza? Na zdjęciu Rezerwat wodno-bagienny na os. Tysiąclecia Fot. KrosnoSfera.pl

Do tego zakaz posiadania mieszkań powyżej 15m2 / osobę i wiele dalszych ograniczeń. W skrócie państwo powinno wymusić nam poziom życia mniej więcej jak w Północnej Korei. Tylko najpierw trzeba nas nastraszyć, żebyśmy się na taką komunę zgodzili. Zastraszyć szybką, nieodwracalną zmianą klimatu, jeśli tylko zawartość CO2 w atmosfery skoczy o parę promili. Zastraszaniu służy stosowany język, ciągle powtarzanie zwrotów typu „katastrofa klimatyczna”, „zagłada” etc. Nie chodzi o dyskusję o faktach, tylko o wymuszenie strachem określonych zmian, a w zasadzie o zaprowadzenie centralnie planowanego zamordyzmu. W tym zastraszaniu można posłużyć się wszystkim, nawet instrumentalnie użyć dzieci.

Mała dziewczynka na froncie

Wypowiedzi Grety stają się wylęgarnią memów. Ten pochodzi z Demotywatoy.pl

Na pierwszą linię tej dyskusji wyszła ostatnio pewna mała dziewczynka ze Skandynawii. I nie ma znaczenia, że nieraz gada bzdury, nie ma znaczenia, że bez ściągi nic nie potrafi powiedzieć. To jest po prostu „mała dziewczynka, więc nie musi się znać na wszystkim, ty idioto!” i w ogóle „jak możesz krytykować małą dziewczynkę, której przecież zależy?” I oczywiście nie zmienia tego fakt, że jej konto w serwisie społecznościowym prowadzi jej ojciec. To nadal „mała wystraszona dziewczynka”, chociaż „jej” posty zamieszcza dorosły, cyniczny aktywista. To doskonały sposób by wrzucać pewne tezy w debatę publiczną, bo wszelką krytykę można odbić na zasadzie „nie czepiaj się małej dziewczynki!” Metoda perfidna, bo w ten sposób jedna strona sama siebie zwalnia z jakiejkolwiek konsekwencji w rozumowaniu, czy logiki w argumentach.

Też byłem mały

Od dawna interesuję się zagadnieniami ekologicznymi i jako dziecko byłem pewnie podobnie wystraszony jak Greta (zakładając, że strajkująca dziewczynka nie udaje). W tamtych latach trzeba było się trochę interesować, żeby docierać do informacji. Na fali był nie tylko Czarnobyl, ale i głośne dzisiaj tematy: bliskie wyczerpanie paliw kopalnych, dziura ozonowa i …efekt szklarniowy.

Ja (po lewej) w czasach gdy zaczynałem pasjonować się komiksami Janusza Christy i bardzo bałem się „dziury ozonowej”.

Z perspektywy czasu widać, że wiele alarmistycznych wizji i zapowiedzi zwyczajnie się nie sprawdziła. Zwolennicy siania paniki rzadko do tego się odnoszą nawet wprost zapytani. Czasem np. odpowiedzą o „dziurze ozonowej”, że udało się uratować sytuację, pomijając zupełnie, że mechanizmy, którymi to opisują urągają prawom chemii, fizyki, logiki, a nawet geografii. No i oczywiście odpowiadają wybiórczo. Wszak w latach 80-tych i 90-tych głosili, że ozon jest wręcz skazany na zagładę, bo „cząsteczki freonu są bardzo trwałe, Zatem freon wyemitowany do atmosfery w XX wieku będzie niszczyć warstwę ozonową jeszcze przez 100 lat, to już koniec!” Teraz zapomnieli o tej zapowiedzi, więc przestał niszczyć? Czy po prostu wcześniej z pełną świadomością wciskali kit? I to skutecznie, bo nawet wykształceni ludzie, nawet ze specjalistycznym wykształceniem, łykali to bez zadawania zbędnych pytań o takie pierdoły jak masa freonu, czy układ wiatrów w rejonie Antarktydy. no po co się nad tym zastanawiać? Wystarczy, że się nastraszy małą dziewczynkę, albo chłopca. znany popularyzator nauki, Tomasz Rożek, zrobił jakiś czas temu filmik o „dziurze ozonowej”, ale tych wątpliwych zagadnień nie poruszył. Zebrał dużo lajków i podziękowań za ten film, odpowiadał też na pytania. Ale nie na wszystkie. Jak ktoś pytał jak to jest z tą masą i trwałością freonu, czy miejscem jego powstawania i koncentracji, to nie, na to nie odpowiadał. Te i podobne kwestie zostawiał bez odpowiedzi, przez co bardzo stracił w moich oczach. Ale „dziura ozonowa” to już stary i zgrany temat, teraz jest „globcio”.
Trzeba mieć świadomość, że nie każdy zwolennik „globcia” jest cynicznym oszustem, kłamcą czy neokomunistą. Wielu to całkiem sympatyczni ludzie, pełni dobrych intencji, często wykształceni, mądrzy, zawsze kochający przyrodę. W sumie bardzo, ale to bardzo pozytywni ludzie. Nie zmienia to faktu, że nakręceni strachem mogą popierać rzeczy absurdalne, szkodliwe nawet dla nich samych. Tak działa strach.

Po co manipulować?

OK, jeżeli sytuacja jest naprawdę zła i jeżeli niezbicie odpowiada za to człowiek, to czy jest jakikolwiek powód by manipulować danymi? Albo żeby posługiwać się niedopowiedzeniami, półprawdami albo kłamstwami? No nie ma, prawda? To dlaczego bez przerwy łapię zwolenników „globcia” na manipulacjach? Ot zestawia się jakieś katastroficzne wizje, dodaje, ze za takie skutki może odpowiadać człowiek, a na koniec dorzuca, że „to już 97% naukowców uważa, ze człowiek wpływa na klimat”. W ten sposób sprytnie sugeruje się, że 97% naukowców uważa, ze będzie właśnie tak, jak w katastroficznych wizjach. Tymczasem wspomniane 97% nie odnosi się do liczby naukowców, tylko do liczby prac naukowych dotyczących kwestii klimatu, w których autorzy wskazują na występowanie wpływu człowieka.

Jezioro Aralskie wg. serwisu twojapogoda.pl. Wpływ człowieka na przyrodę jest bezdyskusyjny.

Przecież to są zupełnie różne twierdzenia. Przykładowo, to co Sowieci zrobili prowadząc do wysychania Jeziora Aralskiego, to jest oczywisty wpływ człowieka na klimat. Podobnie amerykańskie odkrycie, że duże farmy wiatrowe spowalniają wiatr, a przez to prowadzą np. do wysychania pewnych obszarów też dowodzi wpływu człowieka na klimat. Tylko, czy z takiego twierdzenia wynika od razu, że „prawdą jest iż nastąpią katastrofalne susze, wszystko wyschnie na wiór i zostanie zalane powodziami, a ponadto powiększą się pustynie, a lądy zamienią się w mokradła, miliardy umrą z głodu, a żeby temu zapobiec trzeba więcej wiatraków”. Serio? No nie, z odkrycia, że duża farma wiatrowa „psuje klimat” wcale nie wynika, że wiatraki są ratunkiem przed katastrofą klimatyczną. Przykłady wpływu człowieka na klimat można mnożyć, zatem nic dziwnego, że 97% prac dotyczących kwestii klimatycznych uwzględnia wpływ człowieka. Nie jest to jednak równoznaczne z twierdzeniem: „97% naukowców uważa, że dodatkowe kilka promili CO2 w atmosferze zniszczy życie na Ziemi”. Niestety klimatyczni panikarze wstawiają w sposób nieuczciwy i nieuzasadniony, taki znak równości. Nie lepiej po prostu uczciwie tłumaczyć, co i jak? Czy dyskusje muszą prowadzić aktywiści zasłaniający się dzieckiem? No dobra, w takim razie może zobaczmy te tłumaczenia i solidne argumenty za „globciem”, bez obrażania i bez straszenia.

Jak działa „efekt szklarniowy”?

No właśnie, spróbujmy sięgnąć do przyczyny, do mechanizmu działania, bo wiele w tym niejasności. W błąd wprowadza już sama użyta nazwa: „efekt szklarniowy”, efekt cieplarniany”, która jest tłumaczeniem wprost z angielskiego „greenhouse efect”. „Greenhouse” to po naszemu właśnie szklarnia, czy tam „cieplarnia”. Zarówno po angielsku, jak i po polsku stosuje się tu porównanie do konstrukcji, w której jest gorąco, która kumuluje ciepło. Także opisując zjawisko bez żadnego zażenowania mówi się, że „CO2 działa w atmosferze podobnie jak szklarnia”, by zaraz później jednak nieco sprostować, że mechanizm jest jednak ciutek inny. Niemniej liczy się pierwsze wrażenie i pierwsze skojarzenie. Każdy kto kiedyś był w gorącej i dusznej szklarni (czyli w sumie każdy) może się wystraszyć na takie porównanie. A dlaczego efekt jest zupełnie inny? W szklarni mamy do czynienia z podgrzaniem powietrza przez promienie Słońca. Zwykle ogrzane powietrze unosi się do góry i ucieka, jednak szklarnia/tunel itp. na to nie pozwalają. Ten prawdziwy „efekt cieplarniany”, który występuje w szklarni polega zatem na gromadzeniu ciepłego powietrza, które w innym przypadku by uleciało, zostało rozwiane. Mechanizm „podgrzewania atmosfery” musi być zatem zupełnie inny i zdaniem zwolenników tej teorii faktycznie jest inny. Wspominają o tym zazwyczaj zaraz po tym, jak już nastraszą, że wkrótce wszyscy się ugotujemy jak w przegrzanej szklarni.

NASA tłumaczy dzieciom zagadnienia klimatu i „efektu szklarniowego”… Ile ofiar takiego tłumaczenia kiedykolwiek poszerzy swą wiedzę…?

Zatem jak to w końcu ma działać? W pewnym skrócie wygląda tak: Ziemia odbija część promieniowania, które dociera do nas ze Słońca, jednak bardzo specyficzne gazy, nazywane „cieplarnianymi”, w tym główny oskarżony, czyli dwutlenek węgla (CO2), mają zdolność absorbowania (w innych wersjach „odbijania”) odbitego promieniowania. Im więcej CO2, tym więcej odbitego „ciepła” zostaje w atmosferze i …zaczynamy się przegrzewać. Skąd o tym wiemy? Dzięki pomiarom już obserwujemy, że wzrosła temperatura na powierzchni oceanów! To są fakty! Nie można zaprzeczyć! Dla lepszego zobrazowania co robi „efekt cieplarniany”  pokazywany jest przykład naszej siostrzanej planety – Wenus. To planeta, o której naukowcy mówią, że kiedyś była podobna do Ziemi. Jednak skąd różnica? Tam jest więcej CO2 w atmosferze niż na Ziemi i w efekcie jest istne piekło! Szacuje się, że temperatura to średnio 467°C przy powierzchni! Więcej CO2 i taki piekarnik… masakra.
Dodatkowo za prawdziwością zjawiska „efektu szklarniowego” na Ziemi przemawia fakt, że zazwyczaj ciepłe okresy na naszej planecie były równocześnie okresami największego stężenia CO2. Tego samego CO2, którym ludzie zanieczyszczają środowisko ze swoich kominów i rur wydechowych! U podstaw argumentacji leży twierdzenie, że obieg węgla w przyrodzie jest w miarę zbalansowany, ale tę delikatną równowagę narusza człowiek dodając swoją emisję do poziomu CO2, który inaczej sam by się wyrównywał. Po prawdzie sami zwolennicy ocieplenia przyznają, że zazwyczaj wzrost ilości CO2 „spóźnia się” za ociepleniem o bagatela kilkaset lub nawet tysiąc lat, ale i to ma swoją przyczynę. I uwaga, w tym tkwi właśnie szczególne zagrożenie! Po prostu jak robi się trochę cieplej, to spada zdolność oceanów do absorbowania CO2, a wtedy uwalnia się go jeszcze więcej i robi się jeszcze cieplej. Istna galopująca cieplna katastrofa, dalszy efekt sam się nakręca! O nie! Jesteśmy zgubieni! Z tego wynika, że dość łatwo jest wpaść w spiralę ogrzewania, a ciepłe okresy ciężko jest zakończyć… bo niby jak? Wchłonięcie nadmiaru CO2 jest w sumie stanie się niemożliwe. Ochłodzeniu może sprzyjać np. pył wulkaniczny, który na pewien czas ograniczy dostęp promieniowania do planety, ale to działa krótko, poza tym wulkany wyrzucają też …dodatkowy CO2, a na koniec ten cholerny czarny pył opadnie na lodowce i zwiększy absorpcję ciepła, w efekcie będzie jeszcze… cieplej? Jesteśmy przekonywani, że to sprzężenie zwrotne może prowadzić do nieodwracalnego, bardzo silnego, ocieplenia, a nawet na serio rozważane jest, czy nie doprowadzi do scenariusza podobnego jak na Wenus (o naszej sąsiadce będzie trochę niżej). Odwrotny proces, absorbowania CO2 jest bardzo powolny, trochę mogą wchłonąć rośliny, powoli absorbowany jest też w procesie wietrzenia skał. No i oceany by mogły… ale jak się ogrzewają, to to nie za bardzo działa. Przeciwnie, podgrzane, jak wspomniałem, wydalają CO2. Co gorsza, obecne stężenie zabójczego dwutlenku węgla jest już najwyższe od 800.000 lat! A temperatura już wyraźnie wzrosła w porównaniu do czasów przed „epoką przemysłową”! W ogóle to wywrócimy klimat do warunków nieznanych od milionów lat! …tak ze 2 albo 3 milionów. Wszystko zatem wskazuje, że mamy do czynienia z globalnym ociepleniem i to powodowanym przez działania nieodpowiedzialnego człowieka. Skutki będą katastrofalne, pożary, powodzie, susze… zniszczą ludzką cywilizację i życie na Ziemi. Istotne w tym scenariuszu jest podkreślanie: nieodwracalności zmian, przekroczenia punktu krytycznego, za którym już nie ma odwrotu, tylko zagłada. Tak wyglądają mechanizmy odpowiedzialne za  globalne ocieplenie i dowody na wpływ człowieka na to zjawisko. Teraz zatrzymaj się na chwilę i zastanów, czy opisałem w sposób dość przystępny, ale rzetelny, to w jaki sposób przedstawiany jest „efekt cieplarniany” przez jego zwolenników, wraz z argumentami, które są niezbędne, żeby Cię przekonać? Przegapiłem coś? Zgadza się wszystko? To teraz patrz dalej… Jakbyś w trakcie czytania się zastanawiał „co z tą suszą”, to pod koniec znajdziesz śródtytuł:  „Hej matole, a co z suszą w Polsce?!” Zatem, co zgrzyta w wersji lansowanej przy użyciu „małej dziewczynki”?

Jest pewien zgrzyt. Albo nawet kilka zgrzytów. 

Ta wizja przyczyn „ogrzewania” nie przekonuje „naukowców outsaiderów”. Mnie też nie przekonuje. Podstawowa sprawa: przy takim mechanizmie powinna przede wszystkim rosnąć temperatura atmosfery. Różnica gęstości pomiędzy atmosferą, a oceanami jest gigantyczna. Woda morska jest kilkaset razy (nawet blisko 1000x) gęstsza od powietrza. Zagrzanie oceanu od atmosfery to niezwykle trudne zadanie, trochę tak, jakbyś chciał podgrzać wodę w basenie na Turaszówce poprzez podgrzanie powietrza w budynku… Potrzebne byłyby niesamowite ilości energii, by zyskać wzrost o choćby o 1 stopień w wodzie, a równocześnie powietrze byłoby piekielnie gorące. W pierwszej kolejności odczulibyśmy właśnie ogromny wzrost temperatury powietrza, a dopiero później zaczęły by grzać wody. Co złe porównanie? Druga strona porównuje atmosferę ze szklarnią, to ja mogę porównać oceany z basenem. Chodzi o mechanizm: ludzie zasłaniający się małą dziewczynką przedstawiają model, w którym dochodzi do podgrzania atmosfery i od tego grzeje się światowy ocean. Dlatego wskazuję jakie są luki w tym modelu. Ale to nie wszystko, oceany pokrywają przecież 70% planety. Dlaczego to jest istotne? Bo woda całkiem dobrze pochłania promieniowanie pochodzące ze Słońca. To znaczy, że 70% planety nieźle pochłania promieniowanie, a 30% całkiem dobrze odbija je, by zgodnie z założeniami „cieplaków”, CO2 mógł je zatrzymać i nas podgrzewać. Nie da się jednak nie zauważyć, że na naszej planecie część pochłaniająca wygrywa z częścią odbijającą w stosunku 70:30. Zdecydowanie mniejsza część powierzchni planety dobrze odbija promieniowanie, które następnie ma szanse natrafić na tą promilową zawartość CO2 w atmosferze. Kolejna rzecz, to właśnie ta  śladowa zawartość CO2. W atmosferze jest około 0,04% tego gazu. Dla porównania, na wspomnianej wcześniej Wenus to jest ponad 96%, słownie: dziewięćdziesiąt sześć PROCENT.

Wenusjanie już zrobili „efekt cieplarniany”?

Jeszcze ciekawiej będzie jak to porównamy, do Marsa, o którym „cieplaki” rzadko wspominają. Dlaczego? Może dlatego, że atmosfera Marsa to przecież w ponad 95% ten sam rozgrzewający dwutlenek węgla. Sporo nie? A jednak Mars to jest kawał zmrożonej skały ze średnią temperaturą -63.15°C. Czyli straszy się nas katastrofalnym skutkiem zmiany zawartości CO2 o promile i podaje się nam przykład Wenus, gdzie udział CO2 jest ponad 2000 (!!!) razy większy (w porównaniu ilościowym różnica jest jeszcze bardziej miażdżąca), a równocześnie ignorując przykład Marsa? Przecież przy takiej zawartości gazu cieplarnianego powinno być tam ciepło, nie? Skoro CO2 odpowiada za zatrzymanie ciepła na Wenus i Ziemi, to powinno mieć podobne konsekwencje na Marsie… nie? No co jest nie tak? O tym trochę niżej. Ciekawa jest też ta kwestia wspomnianego wyżej notorycznego „spóźniania się” wzrostu zawartości CO2 za ociepleniem. Gdyby tym razem miał nastąpić najpierw wzrost CO2, a później wzrost temperatury, to mielibyśmy swego rodzaju ewenement. Wskazane przez „cieplaków” wyjaśnienia tego fenomenu sugerują jakiś lawinowy efekt, który powinien prowadzić do ugotowania planety, bo to zjawisko wręcz nie do zatrzymania. Sami zwolennicy „globcia” mówią o „nieodwracalności zmian” i „punkcie krytycznym”. Dlaczego? Więcej CO2, to wyższa temperatura, wyższa temperatura, to cieplejsze oceany, a wtedy uwalnia się jeszcze więcej CO2 i robi się jeszcze cieplej. Tylko czy to naprawdę tak działa? Kolejne ocieplenia powinny rozwijać się wręcz galopująco, skoro może je aktywować promilowa zmiana zawartości CO2, a dalej już leci z górki… Hola, hola! Właśnie lecimy z tej górki, bo już się zagrzało o 1 stopień w porównaniu z czasami tuż przed „epoką przemysłową”… ale coś tu zgrzyta…. tuż przed epoką przemysłową była wszak „Mała Epoka Lodowcowa” – kilkaset lat znacznego oziębienia! Czyli ogrzanie o 1 stopień w porównaniu do czasów przed epoką przemysłową oznacza powrót do temperatur …sprzed Małej Epoki Lodowcowej. Jest też kolejny zgrzyt, czyli odwoływanie się akurat do wspomnianych ostatnich 800 tysięcy lat. Pech chciał, że to akurat jeden z najzimniejszych i najtrudniejszych dla życia okresów. To jest po prostu Epoka Lodowcowa. Taka prawdziwa i konkretna. To 800 tysięcy lat, to bardzo długie okresy zlodowaceń, przerywane stosunkowo krótkimi okresami ocieplenia. Właśnie te 800 tysięcy lat (a nawet więcej), pokazują, że okresy ocieplenia są krótkie i nietrwałe, a to zlodowacenia rozwijają się na długo i niełatwo je odwrócić. Zwróciłem uwagę na te najczęściej przywoływane okresy w historii życia i porównania. Można czasem trafić na inne zestawienia, ale mechanizm jest ten sam: alarmistyczny ton, straszenie katastrofą i twierdzenie, że mamy już cieplej niż w jakimś innym okresie w historii, oczywiście bez wspominania, że w tym wskazanym okresie, to tak naprawdę było po prostu cholernie zimno. Podsumowując: pomysł, że możemy sterować klimatem całej planety manipulując promilami zawartości jednego gazu w atmosferze jest bardzo atrakcyjny. Naprawdę bardzo mi się podoba! Niestety obawiam się, że jest bardzo mało realny. Poniżej trochę bardziej szczegółowo o niektórych aspektach.

Epoka Lodowcowa

Czas rozwinąć poszczególne kwestie. Zacznę od „Epoki Lodowcowej”. W świadomości większości ludzi panuje całkowicie błędne przekonanie o tym, czym była „Epoka Lodowcowa”. Pomyśl: co Ci przychodzi do głowy, na hasło „Epoka Lodowcowa”? OK, najpierw jest kreskówka z Sidem Leniwcem i dubbingiem Pazury. Jednak nie mam na myśli kreskówki. Myśl dalej. Co to była ta „Epoka Lodowcowa”? Jakie masz skojarzenie? Jaskiniowcy, mamuty, wszechobecne mrozy i śnieg, bardzo zimny okres w historii, kiedyś dawno temu, może jakaś chwilowa anomalia w historii planety? Tak? Jeżeli masz takie skojarzenia, to by pasowało do wizji „Epoki Lodowcowej” w kulturze masowej i powszechnej świadomości. Teraz uwaga. Może Cię zaskoczę, ale to jest nieco błędne wyobrażenie. Epoka Lodowcowa wcale nie „była”. Epoka lodowcowa trwa. Żyjemy w Epoce Lodowcowej, która charakteryzuje się okresami zlodowaceń i okresami ocieplenia. Zlodowacenia, czyli glacjały są znacznie dłuższe, nawet 10 razy dłuższe od interglacjałów, które są nieco cieplejszymi okresami. Niemniej, nadal jest to Epoka Lodowcowa, z czapami polarnymi i ogromnymi lodowcami. Tak, czapy polarne to jest swego rodzaju ewenement w historii naszej planety. Generalnie zjawisko rzadkie. Jeżeli zdawałeś sobie z tego sprawę, to zapewne jesteś w elicie intelektualnej naszego społeczeństwa. Obecnie żyjemy w interglacjale, który też ma cieplejsze lub chłodniejsze „momenty” trwające nawet po kilkaset lat. Nazywamy je np. „małą epoką lodowcową” lub „średniowiecznym optimum klimatycznym”. Dużo gorzej jest z glacjałami. Wtedy masy lądolodu pokrywają gigantyczne obszary przemieniając krajobraz. U nas pozostawiły po sobie np. Pojezierze Mazurskie, a w Norwegii piękne fiordy – efekt naprzemiennego ocieplenia i ochłodzenia, efekt regularnego przechodzenia lodowców. To twardy, materialny dowód, że klimat jest zmienny. I to bardzo zmienny, bez udziału „epoki przemysłowej”.

Dawno…dawno… temu…. aby na pewno tak dawno? Sid Leniwiec zachwycony resztkami flory, kadr z „Epoki Lodowcowej”

Zatem podsumujmy sobie: żyjemy w Epoce Lodowcowej, w szerokiej perspektywie jest to bardzo zimny okres, o bardzo złych warunkach do życia. Jak taka „epoka lodowcowa” wygląda? Znaczne tereny są skute lodem, niskie temperatury oznaczają małe parowanie, spadek wilgotności i ilości opadów. Przez to powiększają się obszary pustynne. W atmosferze jest mało życiodajnego* dwutlenku węgla, niezbędnego do wzrostu roślin, bo wraz ze spadkiem temperatury oceany go lepiej absorbują. Mało ciepła, mało wody, mało CO2, to słaby wzrost roślinności, a przez to gorsze warunki do życia zwierząt. Roślinności jest mniej, to i zwierząt jest mniej i są oczywiście …mniejsze. Nasza planeta w ostatnich 2,5 mln lat umiera, jest coraz gorszym miejscem do życia. Gdy było cieplej, więcej miejsc było dostępnych dla rozwoju życia, dla roślin i zwierząt. Dla zobrazowania kilka faktów: jeszcze 2,5 mln lat temu nawet Antarktyda była pokryta lasami, pełnymi ogromnych leniwców (i innych zwierzaków). Antarktyda, tak, to miejsce, które dzisiaj jest lodową pustynią. Inna martwa lokalizacja to Gobi, jedno z naprawdę mało przyjaznych miejsc do życia, kompletnie wysuszona, gorąca pustynia. W okresie gdy było cieplej (więcej opadów) i było więcej CO2, była krainą pełną roślinności, w której żyły stada zwierząt nawet kilkukrotnie większych od dzisiejszych słoni. Mogły, bo było dość roślinności, żeby je wyżywić. Teraz trochę bliżej geograficznie i czasowo: Sahara. Pewnie coś o niej słyszeliście? To taka gigantyczna pustynia w Afryce. Odkryto na niej „Jaskinie Pływaków”, miejsca, w których żyli ludzie i pozostawili po sobie naskalne wizerunki… pływania w wodzie. Na środku piaszczystej i suchej pustyni. To był impuls do dalszych badań. Okazało się, że faktycznie były tam jeziora, jeszcze około 10 tysięcy lat temu to była zielona kraina, pełna bujnej roślinności. Wyschła na skutek …ochłodzenia klimatu i spadku ilości opadów. Szanowny czytelniku, czy wiedziałeś o tym? Nasza planeta od setek tysięcy lat umiera, szybko wysycha i zamarza. Dusi się z braku CO2 i to bez najmniejszego udziału człowieka. Ten proces bardzo przyspieszył w ostatnich 2,5 mln lat, a poziom życiodajnego CO2 generalnie spadał do blisko 3x mniejszego niż przed zamarznięciem Antarktydy. Zatem dyskutując o ociepleniu lub ochłodzeniu przyjmijmy właściwą perspektywę: żyjemy w Epoce Lodowcowej na planecie o bardzo zmiennym klimacie. Nie na „Optymalnej Planecie Absolutnej Równowagi”, którą zaburza głupi człowiek (niech zdechnie!), tylko na planecie ciągłych zmian warunków do życia, warunków, które w ostatnich ponad 2 mln lat są gorsze niż przez poprzedzających je ponad 250 mln lat (!). Same „cieplaki” zaczynają przyznawać, że wpływ człowieka na klimat jest w sumie spoko, jeżeli oznacza zatrzymanie zlodowaceń. Patrząc w szerokiej skali, żyjemy w okresie wyjątkowo nieprzyjaznym dla życia na Ziemi. Wszystkie okresy, w których życie na Ziemi było bujniejsze, były równocześnie cieplejsze i charakteryzowały się większą zawartością CO2 w atmosferze. Kilkukrotnie wyższą niż w ostatnich tysiącleciach. Te wspomniane 800 tysięcy lat, o których mówią zwiastujący katastrofę, to naprawdę długo w skali życia człowieka. Jednak w szerszej perspektywie, to jest naprawdę niewiele. Ten bardzo „długi okres” to bodaj najzimniejsze 0,3% czasu z w historii ostatnich 250 mln lat życia na Ziemi. „Cieplacy”, zwolennicy Grety też podkreślają, że „Zawsze jak było więcej CO2, to było też cieplej. To DOWÓD, ty kretynie!”. Zapominają tylko wspomnieć o naprawdę fenomenalnym rozwoju życia w tamtych czasach… To pewnie taki niewygodny szczegół, nie pasujący do wizji zagłady nas wszystkich w wielkim kotle na wzór Wenus…. Wyraźnie widać, że więcej CO2 nie zabiło życia na Ziemi, może być wręcz przeciwnie. Owszem, zmiany klimatyczne mogą być dotkliwe dla cywilizacji, ale zmiany w kierunku ocieplenia będą korzystne dla przyrody. Dlatego troszkę zaskakuje mnie, ze przeciw ociepleniu tak walczą obrońcy przyrody, wrogowie cywilizacji… Przecież dla przyrody to naprawdę jest lepsze. I to niezależnie czy CO2 ma wpływ na temperaturę, co jest osobną kwestią. I tu ciekawostka, znamy też w historii Ziemi takie zdarzenie, że pomimo o wiele większej ilości CO2 niż dzisiaj, i tak doszło do zlodowacenia. Zatem co jest grane? Może popatrzmy na te wspomniane 70% powierzchni globu…

Co podgrzewa oceany?

Jak wspomniałem, w wersji z „efektem cieplarnianym” jest pewien zgrzyt związany z powierzchnią oceanów czy ich zdolnością do absorbowania promieniowania ze Słońca. To nie przypadek, że nawet na infografikach o „efekcie cieplarnianym” zobaczycie jak CO2 ma zatrzymywać promieniowanie odbite od …lądów. Woda po prostu całkiem dobrze je wchłania… i podgrzewa się. Co prawda zwolennicy takiego wyjaśnienia mechanizmów ocieplenia i ochłodzenia oraz wzrostów i spadków zawartości CO2 są obecnie uznawani za marginalnych outsiderów (jak Rosjanka pracująca w Anglii, Walentyna Żarkowa) ale mnie akurat przekonują. To działanie Słońca ma być głównym odpowiedzialnym. Gdy „grzeje mocniej” to oceany stopniowo nabierają temperatury, w efekcie uwalniają więcej CO2. Dlatego najpierw jest ciepło, a później wzrasta zawartość CO2 w atmosferze. Jest też mechanizm przeciwny, gdy „grzeje słabiej”, nawet dużo słabiej, spada temperatura i rośnie zdolność absorbowania CO2 przez Ocean. Zatem zawartość  CO2 w atmosferze spada bo jest zimniej, a nie jest zimniej, bo spada zawartość CO2. Nie ma w tej wersji tego „sprzężenia zwrotnego”, które prowadziłoby do ugotowania nas podobnie jak na Wenus poprzez coraz większą emisję z powodu coraz większej temperatury i w efekcie dalszy wzrost temperatury. Taka teoria tłumaczy odnotowywane w historii „opóźnienie” wzrostu zawartości CO2 za ociepleniem. Tłumaczy też dlaczego Ocean Południowy nagrzewa się szybciej niż wody na północy, gdzie są główne źródła emisji CO2 przez człowieka… Jeżeli to CO2 z ludzkiej emisji ma odpowiadać za ocieplenie na skutek zatrzymania promieniowania odbitego ..od lądów, to Północ, która ma więcej lądów i powinna mieć więcej CO2 powinna też grzać się mocniej…bo wiecie, układ pasatów i antypasatów trochę utrudnia wymianę powietrza między półkulami, a już na pewno nie pozwala na przesunięcia na masową skalę, tak by większość emisji z północy zawsze trafiała na południe. Zresztą „cieplarniacy” przyznają, że największe zmiany CO2 są na Północy, a spowodowane tym nagrzanie Oceanu największe jest na Południu. Starają się jednak trzymać te dwie informacje z daleka od siebie. nigdy nie podają ich tak blisko jak ja. Zatem czy grozi nam ochłodzenie czy ocieplenie? Ciężko stwierdzić. Zachowanie naszej gwiazdy jest wciąż zagadką.

Nasze Słońce to bardzo spokojna i sympatyczna gwiazda?

Dopiero najnowsze odkrycia pozwoliły ustalić, że nasze Słońce jest bardzo spokojne w porównaniu do podobnych gwiazd, na podobnym „etapie życia”. Czy było tak zawsze? Raczej nie. Czy będzie tak zawsze? Też zapewne nie. Chyba, że mamy do czynienia nie tylko z gwiazdą wyjątkową (bo tego typu obiekty są w sumie rzadkie), ale absolutnie skrajnie wyjątkową (bo zachowuje się zupełnie inaczej niż reszta „rodziny”). Prognozy dotyczące zachowania Słońca są jednak bardzo niepewne, często okazują się chybione. Powiedzmy, że nastąpi na jakiś czas spadek promieniowania, to czy to będzie automatycznie oznaczało ochłodzenie? Czy tylko wolniej będziemy się grzali? Już objaśniam dla lepszego zobrazowania: jeżeli zmniejszysz płomień pod czajnikiem, to znaczy, że zaczynasz chłodzić wodę? No nie… Jeżeli jednak będziemy więcej ciepła tracić niż otrzymywać, to zaczniemy się wychładzać. Czy to możliwe, że kolejne glacjały będą coraz silniejsze, a długofalowo nasza planeta znajduje się na początku drogi do całkowitego  zamarznięcia? w sumie od przynajmniej 2,5 mln lat nasz Świat stopniowo zamarza, z perspektywy człowieka to bardzo długo, ale z punktu widzenia Świata, to może tylko chwilowe „przeziębienie”? Czy obecne ocieplenie to tylko krótki, cieplejszy epizod interglacjału, na który przypadł rozwój naszej cywilizacji? A w dłuższej perspektywie jednak będziemy zamarzać? Warto podkreślić, że oprócz aktywności słońca ważne jest jeszcze położenie planety względem gwiazdy, a to zmienia się cyklicznie. I z tych cyklicznych zmian wynika, że przez najbliższe dziesiątki tysięcy lat będziemy się wychładzać i wchodzić w nowy okres zlodowacenia. W ostatnich dziesięcioleciach, co jest w skali geologicznej mniej jak mrugniecie oka, mamy jednak do czynienia z ociepleniem. Czy to „wina” człowieka? Na razie wróciliśmy do temperatury sprzed zaledwie kilkuset lat.
Zatem nawet jak obecnie Słonko słabnie, to dzieje się to tuż po odwróceniu „małej epoki lodowcowej”, kiedy to rozwijający się lodowiec niszczył wioski w Alpach. I wiecie co? Nie dość, że Słońce osłabło nam właśnie do poziomu z początku Małej Epoki Lodowcowej, to na dodatek jest taka, posiadająca sensowne podstawy, teoria, że ciepłe (!) zimy i chłodne lata to jest mechanizm aktywujący zlodowacenie. Dlatego mam pewien dystans do krytyków Żarkowej, którzy argumentują na zasadzie: „hej, przecież zima była ciepła, co Ty babo bredzisz?!” Tak, dobrze czytasz, ciepłe zimy to może być symptom nadchodzącego lodowca**. Ot taki pozornie paradoks. Wspomniana już Walentyna Żarkowa próbuje przekonywać innych naukowców, że za kilkanaście lat będziemy mieli nową „małą epokę lodowcową”. Kto ma rację? Przekonamy się pewnie jeszcze za naszego życia. To są trudne kwestie. Nie twierdzę, że znam odpowiedź. Po prostu dostrzegam, że zwolennicy „globalnego ocieplenia” w argumentacji posługują się niedopowiedzeniami i wybiórczymi danymi, a nawet sprzecznymi komunikatami. Tymczasem twierdzenia o „zaniedbywanym wpływie Słońca na klimat” brzmią dość życzeniowo, bo nie sposób wskazać czynnika o większym wpływie na życie na Ziemi niż pobliska płonąca kula zawierająca prawie cała masę naszego Układu Słonecznego. Z perspektywy człowieka Słońce wydaje się małe, a Ocean ogromny. W rzeczywistości jest odwrotnie, co zobrazuję liczbami: Słońce to ponad 99,8% masy całego Układu słonecznego, a woda na Ziemi (w tym oceany) to ledwie 0,05% masy naszej planety. To jak zachowuje się wspomniane 0,05% masy na powierzchni naszego małego kamyka jest kluczowe dla życia i dla klimatu. Rozmawiając o klimacie wypada zdawać sobie sprawę jak skromny jest Światowy Ocean. W skali kosmicznej, to jest cieniutka warstewka, normalnie kałuża, na kawałku opiekanej skały. Nie wiem jak można twierdzić, że coś tak malutkiego jest w sumie niewrażliwe na kaprysy pobliskiej gwiazdy, zmiany odległości i nachylenia względem niej? Wyjaśnienie, że to Słoneczko podgrzewało Ocean tłumaczy nam też, dlaczego nawet znaczna emisja CO2 w przeszłości nie zamieniała Ziemi w wrzący kocioł typu Wenus w wyniku samonapędzającego się lawinowego wzrostu temperatury. Po prostu wzrost zawartości CO2 nie uruchamiał katastrofalnej i nieodwracalnej lawiny podgrzewania. Ano właśnie, co z naszymi sąsiednimi planetami, które mają tego (podobno) odpowiedzialnego za upały dwutlenku węgla w atmosferach po ponad 95%. Procentowo daje to ponad 2000 razy więcej niż na Ziemi. Słownie: DWA TYSIĄCE RAZY więcej. Grubo, nie? Popatrzmy…

Wenus i Mars

Dwie planety położone w „ekosferze” naszego Słońca. Teoretycznie na obu mogłyby wystąpić warunki do życia. W praktyce obie są martwe. I obie mają ponad 95% zawartości cieplarnianego CO2 w atmosferze. Jednak tylko jedna jest „piekarnikiem”, podczas gdy na drugiej jest zimniej niż na Antarktydzie. Zwolennicy „efektu cieplarnianego” lubią mówić tylko o jednej z nich. Zgadnijcie o której? Spróbujmy jednak przyjrzeć się obu, konsekwentnie. Jakie są różnice i jak na ich tle wypada Ziemia. Najpierw Wenus. Jest bliżej Słońca, więc powinna być bardziej podgrzana. Ten efekt ma jednak niwelować lepszym odbiciem promieni Słońca. Wenus to bardzo jasny i interesujący obiekt na naszym niebie, właśnie dzięki atmosferze, która nieźle odbija światło. Za piekielny klimat ma tam też odpowiadać atmosfera, a nie samo grzanie Słońcem jak na Merkurym. W atmosferze Wenus oprócz dwutlenku węgla mamy jeszcze inne gazy cieplarniane, np. całkiem sporo SO2 (to dwutlenek siarki). Tu ciekawostka, bo „cieplacy” twierdzą, że na Ziemi SO2 nie jest gazem cieplarnianym, a na Wenus jakoś jest… mniejsza o tą mała niekonsekwencję. W dostępnych modelach i opisach atmosfery Wenus, SO2 jest też jednym z winowajców piekielnego klimatu. Wychodzi na to, że prawie cała (!) atmosfera Wenus to gazy cieplarniane. Samego dwutlenku węgla jest tam ilościowo prawie 300.000 (słownie: trzysta tysięcy) razy więcej niż w naszej atmosferze. Wynika to ze znacznie większej gęstości atmosfery Wenus. Dla zobrazowania: panuje tam ciśnienie atmosferyczne porównywalne go tego, jakie na Ziemi mamy w oceanach na głębokości… około kilometra. Zatem cząsteczek w atmosferze Wenus jest wielokrotnie więcej, a na dodatek to niemal sam dwutlenek węgla. Wenus jest bliżej Słońca, w efekcie dostaje od gwiazdy więcej energii, ale też więcej odbija ze względu na skład atmosfery. Koszmarnie wysoka temperatura ma być zatem skutkiem „efektu cieplarnianego”. Właściwie to przy tych liczbach i „cieplackich” modelach podobnych do stosowanych do wyliczenia efektu szklarniowego na Ziemi, na Wenus powinno być jeszcze cieplej. Naprawdę dużo cieplej. Tak powinno być biorąc pod uwagę procentowy udział dwutlenku węgla i jego wielokrotnie większą ilość niż na Ziemi przy podobnej wielkości planety. Sceptycy wskazują, że „efekt cieplarniany” nie jest aż tak silny, jak przekonują zwolennicy twierdzenia, że kilka promili więcej w naszej atmosferze będzie oznaczało zagładę cywilizacji. W odpowiedzi naukowcy przypisujący dwutlenkowi węgla ogromną „moc ocieplającą” twierdzą, że …”na Wenus efekt cieplarniany nie osiągnął jeszcze swojej maksymalnej mocy”, bo jeszcze nie, no czego nie rozumiesz? To jest ich wyjaśnienie i to jest naprawdę interesujące twierdzenie. W sumie nie wiem ile jeszcze milionów lat trzeba czekać na „maksymalną moc cieplarnianą” na Wenus, skoro na Ziemi już promilowe zmiany składu atmosfery mają generować natychmiastowe (!), lawinowe i nieodwracalne (!!) wpadniecie w spirale zamieniania Ziemi w gorący kocioł… Promile wystarczą. Kapujesz?

Ziemia, Wenus, Mars – porównanie temperatur, na które wpływ ma nie tylko nasza gwiazda, ale i skład atmosfery. Kolejność według rozmiaru, a nie położenia w układzie planetarnym. Merkury jest tu dodatkową ciekawostką, praktycznie nie posiada atmosfery jego po prostu smaży od Słońca, bo znajduje się najbliżej z całej czwórki…a jednak jest chłodniejszy niż Wenus! Prosze tez zwrócić uwagę na „minus” przy Marsie.

Co ciekawe, zwolennicy „globalnego ocieplenia dwutlenkiem węgla” potrafią otwarcie ignorować wpływ dużej grubości troposfery i dużej gęstości atmosfery Wenus na wysoką temperaturę na tej planecie. W skrócie, jak ktoś twierdzi, że na Wenus „efekt cieplarniany” to w dużej mierze zasługa gęstości atmosfery, a nie tyle procentowego udziału CO2, to jest po prostu matołem. No niemal dosłownie tak twierdzą „cieplaki”. No czego nie rozumiesz? Powtarzam jeszcze raz, podkreśl sobie wężykiem, że gęstość atmosfery jest bez znaczenia dla temperatury. Zapamiętaj to… albo nie, lepiej nie zapamiętuj, bo zaraz będzie o Marsie. Bo widzisz, na tym Marsie proszę czytelnika, to jest całkiem inna rozmowa! Nasz drugi sąsiad, wspomniany Mars jest dalej od Słońca i w efekcie dostaje około 1/4 ciepła, którą otrzymują Ziemianie. Niemniej Mars ma przecież mnóstwo gazu cieplarnianego, atmosfera złożona w 95% z CO2! I co tam się dzieje? Drugi piekarnik, tylko ustawiony na mniejszą temperaturę niż Wenus? Ma tak mnogo CO2, że powinien mieć średnio przynajmniej 60 stopni „na plusie”, nie? No nie. Mars jest zimny makabrycznie, ma 60, ale „na minus”. Mars jest zimniejszy niż nasza Antarktyda. Zimą. Dlaczego? Atmosfera Marsa jest o wiele rzadsza od ziemskiej, a marsjańska troposfera ponad 20x cieńsza od tej wenusjańskiej. I właśnie dlatego jest tam zimno. Zapytajcie sami. Zwolennicy „efektu szklarniowego” Wam to objaśnią, ale na porównaniu Marsa z Ziemią. Nawet podadzą wyliczenia w jaki sposób grubość troposfery nasila „efekt cieplarniany” na Ziemi i jakie znaczenie ma duża gęstość naszej atmosfery dla temperatury. W efekcie na Ziemi jest ciepło, pomimo mniejszej zawartości, bo zaledwie 0,04% CO2 w atmosferze. Na Marsie zimno, pomimo 95% udziału CO2. Proste prawda? Uwaga ciekawostka: na Marsie jest tak dużo CO2, że naukowcy na serio opracowują dla przyszłych kolonistów technologię produkowania tworzyw sztucznych i paliwa z marsjańskiego powietrza. Atmosfera Marsa jest jednak za rzadka, a troposfera za cienka by było ciepło. I to jest jeden z niewielu punktów, gdzie zgadzam się ze zwolennikami „efektu cieplarnianego”. Rożnica gęstości atmosfery to jest jest naprawdę dobre wyjaśnienie marsjańskich mrozów i tego, że Ziemia, pomimo wielokrotnie mniejszej procentowej zawartości CO2 jednak jest znacznie cieplejsza. Tylko dlaczego, gdy rozmawiamy o Wenus, to nagle fizyka „cieplaków” się zmienia? Tam naprawdę gruba troposfera i atmosfera gęstsza od ziemskiej „nie nasila efektu szklarniowego”? Dlaczego nagle twierdzenie o tym, że do wysokiej temperatury przyczynia się gęstość atmosfery staje się „nienaukowe i pozbawione sensu”? Że nie pasuje do narracji to wiem. Ale dlaczego ma nie pasować do fizyki? Na Marsie jakoś pasuje, na Ziemi pasuje… W przypadku Wenus wolą nie mówić o gęstości atmosfery, która powinna nasilić temperaturę. Wystarczająco dużo gimnastyki mają z wytłumaczeniem stosunkowo małego „efektu szklarniowego” przy niemal 300.000 RAZY (Słownie: TRZYSTA TYSIĘCY RAZY!!) większej ilości CO2 niż na Ziemi. Ot „jeszcze nie nabrał maksymalnej mocy”… to niby kiedy nabierze? Za milion lat? Dwa miliony? Za to na Ziemi nabierze pełnej mocy niezwykle szybko i nieodwracalnie? Potrafisz już powiedzieć, dlaczego ja się nie nabieram? W tym jak zwolennicy „efektu cieplarnianego” opisują mechanizmy występujące na Ziemi, Wenus i Marsie jest ogrom nieścisłości… ale jakie to ma znaczenie, skoro większości społeczeństwa nie potrafi wymienić wszystkich planet naszego układu, nie mówiąc o nawet o właściwej kolejność …a co dopiero, żeby mieli pojęcie o ich składzie atmosfery czy warunkach, które na nich panują?

„Neutralność klimatyczna, czy zagłada?”

Czeka nas zagłada? Kiedyś zapewne tak. Ale raczej nie na skutek nawet znacznego ocieplenia klimatu. Ocieplenie nie doprowadzi do zagłady życia na Ziemi, więc i pewnie cywilizacja da radę. Zagrożonych jest wiele gatunków, to prawda, nikt nie zaprzeczy. Nic nowego. Cała historia życia na Ziemi, to ciągłe zmiany klimatu i wymieranie oraz rozwój kolejnych gatunków. Całej masy gatunków. Ochrona bioróżnorodności jest ważna, szczególnie, gdy zagrażamy jakiemuś gatunkowi przez czystą głupotę, zabobony, nadmierne polowania czy kłusownictwo. Możemy ułatwiać, albo przynajmniej nie utrudniać, życia innym gatunkom. Np. w Krośnie jestem współuczestnikiem działań na rzecz zaprzestania oprysków przeciw komarom, a wprowadzeniu budek dla komarożernych jerzyków. Możemy podejmować wiele działań na mniejszą i większą skalę w celu ochrony bioróżnorodności. Jednak generalnie wobec praw ewolucji życia i klimatu możemy być bezradni. Wspomniałem, że Antarktyda 2,5 mln lat temu była zielona? Cały, niemały kontynent. Zdajecie sobie sprawę ile gatunków wymarło z powodu zlodowacenia tak ogromnego, zielonego lądu? I to bez najmniejszego udziału człowieka. Szczegółów dowiemy się w miarę ustępowania lodu, o ile oczywiście będzie ustępował.
Postulat „neutralności klimatycznej” opiera się na fałszywym założeniu, że klimat nie zmieni się, jeżeli człowiek pozostanie „neutralny klimatycznie”. Jest to niebezpieczne z wielu powodów. Po pierwsze to nieprawda. Klimat potrafi się zmieniać bez udziału człowieka i to bardzo szybko. Wspominane pustynnienie Sahary było prawdopodobnie bardzo szybkim, gwałtownym procesem. Po drugie, obecnie obserwowane zmiany mają najpewniej inne przyczyny, niż te wskazywane przez zwolenników „neutralności”. Czyli klimat zapewne zmieni się nawet w przypadku zrealizowania w 100% ich planów. Po trzecie, pod płaszczykiem „neutralności klimatycznej” są realizowane nie tylko bezsensowne i bardzo szkodliwe dla środowiska inwestycje jak „samochód elektryczny”, ale docelowo mamy też lewicowe pomysły zaprowadzenia reżimu rodem z najmroczniejszych dystopii… albo Północnej Korei. Wszystkie pomysły na „ochronę klimatu” wiążą się z ponoszeniem ogromnych kosztów. Równocześnie faktycznie nie chronią nas przed zmianami. To znaczy, że proponuje nam się pozbycie zasobów i ograniczenie rozwoju, pod pretekstem przeciwdziałania zagrożeniu, a temu zagrożeniu realnie nie przeciwdziałamy.  Zatem pytanie na wstępie jest źle postawione. To dążenie do „neutralności” może zabić naszą cywilizację. Należy tu zaznaczyć, że w opracowaniach o „katastrofie klimatycznej” trochę poważniejszych niż prymitywna propaganda, pojęcie „neutralności klimatycznej” zastępuje już mówienie o „rozsądnej ingerencji” . Musimy być gotowi zarówno na ochłodzenie, jak i na ocieplenie. Musimy być elastyczni, musimy rozwijać technologie, żeby łagodzić skutki w krótkim okresie, a w razie potrzeby jedne obszary opuszczać, a inne kolonizować. Ba, koniecznie trzeba rozwijać technologie kosmiczne, nawet wbrew neokomunistom, którzy mówią, ze nie trzeba „szukać innej planety, tylko ratować tą”. Po pierwsze w dalekiej perspektywie po prostu trzeba znaleźć inną planetę. Natomiast w nieco krótszej spoko byłaby technologia pozwalająca w jakiś sposób wpływać na ilości promieniowania docierającego ze Słońca. To daleka sprawa, ale zatrzymywanie postępu idącego w tym kierunku pod hasłem: „ratujmy planetę”, świadczy o ignorancji lub szaleństwie, a an pewno nie o chęci ratowania planety. Najpewniej sterowanie klimatem jeszcze przez dłuższy czas jest poza naszym zasięgiem i w moim przekonaniu nic nie wskazuje, żeby promilowe zmiany zawartości CO2 w atmosferze mogły być „cudownym przełącznikiem do sterowania globalną temperaturą”. Zapewne nie jest tak łatwo i zamknięcie nas w jednym wielkim obozie też nie zagwarantuje „stabilności klimatu”, bo ten nigdy nie był szczególnie stabilny. Jak nie wierzysz, to popatrz na fiordy.

„Mao to śmiszne”

Wspomniałem o tych niebezpiecznych pomysłach. I to nie jest jakiś jeden „głupi Jaś” z Krytyki Politycznej, którego można spokojnie zignorować jako marginalny folklor. Jego tekst o przymusowym weganizmie jest niezwykle cenny, bo opiera się na konkretnych wyliczeniach i raportach. To są wyliczenia pokazujące co, zdaniem lewicowych aktywistów spod znaku „katastrofa klimatyczna” , jest niezbędne w celu osiągnięcia „neutralności klimatycznej”, czyli uratowania ans wszystkich przed zagładą. To ujawnia skalę zagadnienia i pokazuje punkt docelowy: totalitaryzm, w którym rząd będzie decydował gdzie i jak masz mieszkać, co jeść i narzuci Ci limity przemieszczania. Odkrycie tych zamiarów jest cenną informacją, podobnie cenną informacją jest to, że ze strony wszelkich Zielonych Wiosen Razem z innymi frakcjami lewicy nie słyszymy krytyki takich pomysłów. Oczywiście nie każdy głoszący „katastrofę klimatyczną” to cyniczny oszust. Tym bardziej nie każdy, kto padł ofiarą zastraszenia.
W kręgach miłujących socjalizm i antykapitalizm jest to przyjmowane ze zrozumieniem. Podobnie ze zrozumieniem są przyjmowane „antykapitalistyczne” rozruchy w USA. Przemoc, rabowanie sklepów, brutalne bicie ich właścicieli jest usprawiedliwiane nie przez jakiś półgłówków z marginesu społecznego, a  przez polityków lewicy. Przemoc publicznie usprawiedliwia między innymi rzeczniczka partii Razem, czy Śmiszek z „Wiosny”, a nawet Jan Śpiewak, którego pomimo różnicy poglądów bardzo szanuję za pewne pozytywne rzeczy, które robi. Jednak akceptacja dla przemocy i wandalizmu, to za dużo…

To nie fejk… Może po śmierci Stachowiaka powinienem okraść jakiś sklep, żeby czasem nie stać po stronie złodziei?

W USA bandyci podpalili czyjś dom, w którym znajdowało się dziecko, a następnie zastawili drogę, żeby uniemożliwić dojazd strażaków, a w Polsce znajdziemy pełnych wrażliwości i tolerancji lewicowych aktywistów, którzy potrafią znajdować usprawiedliwienie tych rozruchów… Docelowo mamy przedstawioną wizję powszechnego zamordyzmu, a po drodze widzimy akceptację przemocy i wandalizmu, tle widnieją wizerunki zbrodniarzy przeciw ludzkości, wybielanie PRL i jego zbrodniczych przywódców. Do tego Che jako bohater, a Mao jako motyw ozdobny i inspiracja identyfikacji graficznej partii… Wiecie co? „Mao to śmiszne”. Budząc poczucie strachu można ludźmi sterować, można dobrych ludzi skłonić do bardzo złych rzeczy. Można wskazać im „sprawców” (np. suszy, tak kiedyś polowano na czarownice…), wzbudzić irracjonalną agresję. Jak widzimy oba elementy są równolegle rozwijane: z jednej strony straszenie, a z drugiej akceptacja przemocy. Ludzie przerażeni, przekonani, że bronią życia swojego i swoich dzieci, mogą być zdolni dosłownie do wszystkiego (tak kiedyś polowano na czarownice…). Nie robią tego dlatego, że są źli i nienawidzą innych, tylko dlatego, że się boją i troszczą się o swoje dzieci. Wspomniany Jaś już w jednym z akapitów swojego „manifestu ekologicznego” nawołuje do łamania prawa. „Mao to śmiszne”, naprawdę.
Proszę zwrócić uwagę, że jeżeli lewicowi aktywiści mają rację i zrealizują swoje postulaty w 100% faktycznie zatrzymując klimat w obecnym stanie, to i tak doprowadzą do bardzo nieprzyjaznego Świata. Odbędzie się to gigantycznym kosztem, a trafimy do jednego wielkiego obozu, gdzie rząd będzie mógł Ci dokwaterować lokatorów, zakazać podróży i przeprowadzki czy będzie decydował co masz jeść. To jest cel, który chcą osiągnąć, a warto pamiętać, że niezależnie od zamierzonych celów zaprowadzanie takiej „komuny” zapewne będzie miało skutki uboczne w postaci masowych zbrodni. Stosowanie przymusu, konfiskaty nieruchomości, konfiskaty nielegalnych urządzeń i produktów, konfiskowanie aut, Więzienia dla niepokornych i zapewne też fizyczna eksterminacja… przecież oni w swoim przekonaniu walczą o życie całej planety! No sam powiedz, co jest ważniejsze: jeden człowiek, czy Planeta? No, to już wiesz, czy będą zdolni zabić. Dzisiaj usprawiedliwiają dewastacje, szabrownictwo i pranie przypadkowych osób, bo „czy sklep jest ważniejszy niż życie człowieka?” (nie wiem kogo ratuje szabrowanie sklepów, ale za ich logiką nie nadążę….). Zapewne nie zabraknie przy tym miejsca dla „równiejszych”. No bo dlaczego światłe ekoelity maja sobie trochę nie dogodzić? Albo dlaczego ktoś im ma ograniczać latanie samolotem? No weź przestań… To tak na marginesie, bo kwestia zbrodni na ludziach jest też wysoko prawdopodobna. Doskonale wiemy, że szczerzy, lewicowi idealiści dokonywali masowych zbrodni, by wcielić w życie swe „światłe i postępowe idee” w o wiele drobniejszych kwestiach niż przetrwanie Życia Na Ziemi. Wszak trudne czasy usprawiedliwiają radykalne środki, rewolucję trzeba prowadzić do końca, bez kompromisów… To są wręcz dosłowne cytaty z lewicowych zbrodniarzy, którzy walczyli o sprawy naprawdę znacznie drobniejsze niż Ocalenie Planety. Podsumowując:  już bym wolał pogodzić się z kosztami dostosowania do ocieplenia, tym bardziej, że ma ono też dobre strony dla rozwoju życia jak odzyskanie Grenlandii, Antarktydy czy Sahary, niż pozwolić tym szaleńcom eksperymentować z całym gatunkiem.
Jeżeli jednak nie mają racji, a zrealizują swoje postulaty, to stoją przed nami z grubsza trzy scenariusze. W pierwszym poniesiemy gigantyczne koszty i wpadniemy w istny totalitaryzm, a klimat pozostanie mniej więcej taki sam, niezależnie od naszych działań. W praktyce może być to trudne do odróżnienia od wyżej przedstawionej wersji i zapewne totalitarny rząd będzie utrzymywał, że to dzięki niemu. W drugim scenariuszu czeka nas jednak ocieplenie, niezależnie od podejmowanych wysiłków (szczególnie jeśli ocieplenie jest niezależne od CO2). Wtedy rozpędzony totalitaryzm zapewne uzna, że należy jeszcze bardziej dokręcić śrubę… prosta droga do katastrofy, bo nie będą walczyć z prawdziwą przyczyną. Wersja trzecia, to …ochłodzenie. Tak właśnie, jak już wspomniałem, wiele wskazuje, że nasza planeta zmierza do dalszego zlodowacenia, zatem „klimatyczna neutralność” to postulat zgody na „epokę lodowcową”, najpierw pewnie jakąś małą, a docelowo dużą. Reakcja totalnego reżimu zapewne będzie chybiona, bo oparta na błędnych modelach i założeniach. Czyli też katastrofa.

„Hej głupku, a co z suszą w Polsce?”

„W Polsce jest susza, brakuje wody, nasze zasoby są już tak małe jak w Egipcie. Usychamy”. W takim razie, co ja mogę powiedzieć? No jak to, co z ta suszą? Kolejny przejaw manipulacji i naciągania faktów. Tyle. No dobra… objaśnię… Np. z czym kojarzy się Egipt? Taki pustynny, gorący kraj. Jakie pojawia się skojarzenie? Skoro mamy tak mało wody jak w Egipcie, to znaczy, że mamy jej bardzo mało, tak to działa? Zapewne tak ma działać. I co ciekawe, to prawda, mamy wody mniej więcej tyle, co w Egipcie. Czyli katastrofa i dowód na ocieplenie klimatu. Polska wysycha bo „globcio”? No nie. Po pierwsze Egipt ma wbrew pozorom sporo wody, znacznie więcej niż kraje, które są naprawdę pustynne, bo Egipt ma Nil. Egipt ma tez grubo ponad 2x więcej ludności niż Polska, bo prawie 100 mln. Czyli podobne zasoby wody wystarczają tam znacznie większej populacji i jeszcze ten kraj jest eksporterem żywności. Zatem tragedii pod względem ilości wody w Polsce jeszcze nie ma. nie znaczy to, że mamy temat ignorować. Mamy do czynienia z suszami, ale nie z powodu braku opadów spowodowanych globalnym ociepleniem. Okazuje się, że suma opadów pozostaje z grubsza bez zmian od wielu lat. Problem w tym, że nie potrafimy gromadzić i oszczędzać wody. Po prostu zawsze tej wody mieliśmy za dużo. Jakiś czas temu rozmawiałem ze studentami z Arabii Saudyjskiej odwiedzającymi Polskę, byli zachwyceni tym, że w Polsce woda po prostu leje się z nieba.  Od zawsze w Polsce mieliśmy powodzie i podtopienia, wylewnie rzek. To był problem, a nie brak wody. Priorytetem była ochrona przeciwpowodziowa i pozbywanie się wody. Równocześnie wody było tak dużo, że można było rozwijać przemysł w taki sposób, jakby to był „zasób bez końca”, no studnia bez dna. No i właśnie dotarliśmy do miejsca, skąd widać dno. Dłużej tak się nie da. Musimy zacząć oszczędzać wodę i nauczyć się ją gromadzić. Nie, nie budować wiatraki i samochody elektryczne. Od tego nie przybędzie nam wody. Wiatraki mogą mieć wręcz odwrotny skutek. Duża farma, np. na wybrzeżu, może spowolnić wiatr niosący wilgotne powietrze w głąb lądu, czyli … powodować suszę. Tego deszczu niesionego wiatrem nie zabraknie nawet w przypadku ocieplenia klimatu, bo więcej ciepła, to większe parowanie, czyli częstsze opady. Tak, skoro badania pokazują, że ocean się zagrzał, to tłumaczy dlaczego nie zmniejszyła się ilość opadów w Polsce. Suszę mamy, bo spławiamy wodę, powoduje to, że na miejscu paruje jej znacznie mniej niż np. 50 lat temu i to zapewne zmniejsza ilość opadów, szczególnie tych mniej intensywnych, lokalnych. Te braki uzupełnia z powodzeniem deszcz znad Atlantyku. Który to deszcz oczywiście spławiamy szybciutko do morza. Staramy się, czasem nie wychodzi… Tak, w maju lało, ale to nie rozwiązuje problemu suszy 2020 i kolejnych lat. Przez dziesięciolecia doprowadziliśmy system pozbywania się nadmiaru wody do takiej perfekcji, że teraz nam jej zaczyna brakować. To jest skutek działania człowieka, ale nie skutek „globcia”. Musimy się nauczyć efektywniej wykorzystywać wodę. Np. gromadzić deszczówkę. Sporym problemem jest to, że w miejscach gdzie były pola i łąki chłonące wodę, dziś mamy asfaltowe drogi, brukowane podjazdy i blaszane dachy. Woda spływa. Z pół też staramy się ją odprowadzać. Ot rów i do rzeki… Dofinansowanie na oczko wodne przy każdym domu? No niekoniecznie to jest rozwiązanie problemu, chociaż wskazane są instalacje, które pozwolą użyć do podlewania ogródka deszczówki zamiast wody pitnej. I to byłoby spoko. Tylko trochę obawiam się, żeby nie skończyło się na „oczkach wodnych” zasilanych de facto z miejskich wodociągów… Potrzebujemy jednak czegoś więcej niż małe sadzawki i dużo gęściej niż duże zbiorniki retencyjne. Dobra opcja to zatrzymywanie wody w sieci melioracyjnej. Ja np. jestem też zwolennikiem tworzenia stawów hodowlanych w rolnictwie. To jest efektywny sposób produkcji żywności – ryb. Takie zbiorniki łagodzą też skutki ekstremalnych zjawisk w swoim otoczeniu, bo woda dłużej się nagrzewa, ale też wolniej wychładza niż grunt. Stawy hodowlane mogą zatem nie tylko dostarczać ryb, ale i pomagać utrzymać przyzwoity poziom wód gruntowych, chronić otoczenie przed wiosennymi przymrozkami, łagodzić skutki upałów. Zapewne trzeba by przy tym ograniczyć użycie chemii w rolnictwie (ze względu na bezpieczeństwo stawów), ale to też pozytywne działanie! Ograniczmy opryski. Takie stawy mogą też generować dochody, szczególnie w połączeniu z modą na lokalną żywność. Super sprawa …tylko kompletnie nie wegańska, ani nawet nie wegetariańska, zatem kompletnie obca ideologii neokomunistów.
Druga rzecz, to kupowanie lokalnych produktów. Pod tym względem bardzo cenne są inicjatywy typu „Stowarzyszenie Swojak”, „kooperatywy spożywcze” czy inne formy zachęty do lokalnych zakupów. Oszczędzenie na kosztach transportu i pośrednictwie jest równocześnie ekonomiczne i przyjazne środowisku. Nie mówię nawet o tym nieszczęsnym CO2, transport na duże odległości to mnóstwo zanieczyszczeń, pyłów, toksyn, zużycie maszyn, koszty etc. Wiadomo, że nie wszystko da się zapewnić lokalnie, ale powinniśmy to, co się da. I tak wyglądają kwestie wspólne i działania przyjazne dla środowiska, niezależnie od tego jak się zapatrujemy na „globalne ocieplenie”.

____________________________________________________________________________________________________________________________________

* – „Hej! Ale dwutlenek węgla to zanieczyszczenie! Trucizna! Co Ty jakiś gupi jesteś czy co?” – Czyli gwiazdka i przypomnienie dla tych, co słabo uważali na biologii. Rośliny oddychają pobierając dwutlenek węgla z powietrza. Z tego dwutlenku węgla wytwarzają związki organiczne. Dzięki temu żyją i rosną. Życie na Ziemi jest uzależnione od dwutlenku węgla. W atmosferze zawierającej więcej dwutlenku węgla roślinki rozwijają się lepiej, niż w atmosferze ubogiej w ten gaz. I to jest solidnie potwierdzone info. CO@, który uwalniamy w przemyśle, został najpierw związany przez prehistoryczne roślinki.

** – „Hej! Ale dlaczego ciepła zima ma robić lodowiec? Gupi jakiś jesteś czy co?” – Czyli dwie gwiazdki dla wytrwałych. Ciepła zima oznacza więcej opadów. W obszarach okołobiegunowych i lodowcowych ten opad będzie i tak śniegiem. Jeżeli lato będzie chłodne i deszczowe, to tego dodatkowego śniegu nie wytopi. Tym bardziej, że w wysokich górach i pod biegunem to nawet latem może padać śnieg. Czyli masa lodu i śniegu wzrośnie. Teraz powtarzamy ten cykl w kolejnych sezonach i okazuje się nagle, że po serii ciepłych zim dostajemy epokę lodowcową. To taka teoria, wcale nie mówię, że 100% słuszna. Niemniej Walentyna Żarkowa uważa, że idzie do nas przynajmniej „mała epoka lodowcowa”, a my mieliśmy właśnie ciepłą zimę, a i czerwiec jakiś taki chłodny i deszczowy…

 

Komentarze

komentarzy

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook