„Dywizjon 303. Historia prawdziwa, czyli „Top Gun po polsku”, albo „ten drugi film”

Widziałem już polski film o Dywizjonie 303, mogę zatem pokusić się o drugą recenzję, a nawet próbę porównania. Tu słówko wyjaśnienia: w sierpniu na ekrany kin weszły DWA filmy o Dywizjonie 303, oba z liczbą „303” w tytule. 

Pierwszy film opisałem tutaj.
Jako drugi na ekrany wszedł polski film inspirowany książką Arkadego Fiedlera. Tu od razu trzeba powiedzieć jedno jasno i wyraźnie: ksiazka powstała w czasie wojny. Pierwsze wydania miała pod okupacją. W chwili gdy ludzie żyli otoczeni horrorem wojny, ta książka pokazywała, że Niemcy przegrywają, że Niemców można pokonać i robią to Polacy.

Czy te dwa filmy można porównać? Niesposób. Są kompletnie inne. Pierwszy był swego rodzaju dramatem, z bardzo gorzkim zakończeniem. Starano się pokazac grozę wojny i wzgardzenie bohaterami, gdy przestsali być potrzebni. Drugi.. no właśnie. Trudno powiedzieć, co to takiego.

Z pewnością polski film góruje scenami walk powietrznych, są dużo, dużo lepsze. Bardziej widowiskowe, bardziej …hm, użyję tego słowa, są bardziej logiczne. Widać jakieś elementy taktyki walki, przyczyny, skutki, manwewry. Jest jakaś emocja w tych scenach, no i nie razi niemiłosiernie mierność, jak w angielskim filmie. Atutem jest też wykorzystanie archiwalnych zdjęć. To jest to co wspomniałem przy angielskim filmie: jak brakuje budżetu, to zamiast robić jakiś kicz, lepiej wstawić archiwalne materiały, które same w sobie robią ciekawy klimat. I lepiej, i taniej. W „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” dodatkowo widać dzięki temu jak dobrze dobrano obsadę, jak bardzo aktorzy upodobnili się do granych bohaterów. Ogromną przewagą nad angielskim filmem był też sposób pokazania Josefa Františka.

Co do samej fabuły, to właściwie mamy trochę taki „Top Gun” (taki film akcji o pilotach made in USA), tyle że w polskiej wersji. Nasz „Dywizjon 303” to opowieść o najlepszych pilotach polskich/alianckich z elementem rywalizacji z najlepszymi pilotami niemieckimi. Zresztą sposób nieco szerszego pokazania Niemców jest pewnym atutem w porównaniu do angielskiego filmu. Tyle, że właśnie, to nie Fiedler, ani „historia prawdziwa”. To fabularyzowana opowieść, inspirowana ksiażką i historią. Fabularny zabieg polegający na skupieniu się na kilku najlepszych polskich pilotach i pokazaniu w opozycji do nich dwóch świetnych pilotów niemieckich jest bardzo dobry, ja go czuję… tylko jest nierozbudowany, niedorobiony. Zupełnie jakby scenarzysta chciał mieć i dobrą historię, mocny film akcji w stylu „Top Gun”, ale oparty na historycznych wydarzeniach, a zarazem adaptację Fiedlera. To trochę nie wyszło, bo w końcu nie widziałem na ekranie ani tego, ani tego.

Jeżeli ktoś chciał mieć ekranizację książki, to już miał gotowy scenariusz. Wystarczyło wybrać kilka rozdziałów i je zekranizować. Serio, opisy Fiedlera są konkeretne, czuć w nich szybką akcję, to naprawdę świetny materiał. Zamiast absurdalnej, fikcyjnej sceny, w której polski pilot siada bez przeszkolenia na Hurricana, robi samotny lot, w którym przypadkiem trafia na samotnego Niemca, można po prostu zekranizować opis pierwszego starcia z Niemcami z książki. A to opis genialny! Podobnie można było zaadoptować kilka innych rozdziałów. Do tego mozna dodać prolog, wprowadzenie w ówczesną sytuację, czyli spektakularne sukcesy nazistów i ogromne zagrożenie dla Wielkiej Brytanii i reszty świata. Gdy Fiedler pisał ksiażkę to było oczywiste, ludzie żyjący pod okupacją i pod bombami nie potrzebowali takiego wprowadzenia. Na koniec można dodać epilog, o tym, że jednak Brytyjczycy nie okazali wielkiej wdzięczności. W chwili gdy Fiedler kończył pisać ksiażkę sytuacja była na etapie zachwytu polskimi pilotami, a zakończenie filmu w ten sposób zdecydowanie nie kwalifikuje się jako „historia prawdziwa”. Pod tym względem, o ironio, lepiej wypada ten angielski film.

Jeżeli ktoś chciał mieć „Top Gun”, to na co mu Fiedler? Po co jakieś retrospekcje? Poprowadzić fabułę liniowo. Zacząć od sceny walki nad Polską, gdzie słabo uzbrojone PZL P.11 nie dają rady niemieckim maszynom, powodują zbyt małe uszkodzenia, bardzo ciężko jest z nich zestrzelić niemieckie Messershmity 109 i 110, chociaż Polacy zaliczają pewne sukcesy. Pokazać niemiecką przewagę i okrucieństwo. To jest istotne dla dobrej fabuły, klasycznym przykładem są „Gwiezdne Wojny: Nowa Nadzieja” i otwierające sceny pokazujace masakrującą przewagę Imperium. Kolejne sceny, jakie bym widział w naszym „Top Gun”, to upadek Francji. Następne to znakomici niemieccy piloci zadający dotkliwe straty Anglikom. Pokazać Niemców z bliska, ich taktykę, skuteczność, umiejętności. Wszystko to, gdy nasi bohaterowie z wcześniejszych scen są trzymani na ziemi, bo nie nie znają języka i procedur… (to jest pokazane w Dywizjonie 303) aż wreszcie „nowa nadzieja”, czyli kolejne sceny walk powietrznych, w których Niemcy przegrywają, a Polacy są zaskoczeni jak łatwo strąca się nawet ciężkie Bf 110, gdy ich samolot ma silne uzbrojenie. Kilka pierwszych starć, a następnie decydujaca bitwa, w której fabularyzujemy bezpośrednie starcie pokazanych do tej pory bliżej kilku pilotów polskich i niemieckich. Dobrzy wygrywają, odbierają medale i całują piekne kobiety. I w ten sposób mamy czysty film akcji, zgodny z konwencją kinowych przebojów. Pan Fiedler prowadzący wywiad z lotnikiem nie jest do tego potrzebny. Oczywiście potrzebny byłby wyższy budżet, bo dodanie wiekszej ilosci scen z większą ilością typów samolotów to oczywisty koszt, ale pokazanie polskich PZL od razu by unaoczniło np. problem z chowanym podwoziem.

Niestety zrobiono coś pomiędzy, zaprawiono scenami cynizmu Brytyjczyków i na koniec wyszedł film nie robiący ani jakiegoś głębszego wrażenia, ani nie będący nadzwyczajnym widowiskiem, ani adaptacją książki. Przy całej sympatii do polskich pilotów i pana Fiedlera trzeba powiedzieć, że próba przeniesienia ich na ekran wypadła bardzo średnio.

Komentarze

komentarzy

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook