„28 dni później” – recenzja

Ostatnio dużo tu polityki, a dział „fantastyka” pozostał zaniedbany. Zresztą dział polityczny też został zaniedbany. W ogóle Was zaniedbałem. Przepraszam i zmieniam to. „28 dni później” to specyficzny film o zombiakach, który chcę Wam przybliżyć. Właściwie to patrząc na poziom debat politycznych i niektórych wyborców, muszę stwierdzić, że tematyka zombie nie jest wcale odległa od tej politycznej…

Filmów o „zombiakach” nakręcono mnogo, temat przerobiony jest już z każdej strony. Zatem dlaczego zwracam uwagę akurat na „28 dni później” w reżyserii Danny’ego Boyle’a z 2002 roku? Jest w nim coś wyjątkowego o zakamarkach ludzkiej natury.

28-days-later
Plakat „28 Dni Później”.

Uwaga spoiler! Poniżej opisane są elementy fabuły filmu „28 dni później”

„28 dni później” ( Org. „28 Days Later”) wykorzystuje klasyczny ostatnio motyw wirusa, jako przyczyny „epidemii zombie”. Znamienne jest też unikanie określenia „zombie” przez samych twórców „filmów o zombie” w ostatnich latach.

O tym motywie pisałem na blogu już przynajmniej dwa razy. Najpierw w kontekście fenomenalnej powieści z lat 50-tych i wampirów (Groza dla wampirów), a następnie o genialnym podręczniku przetrwania „zombie apokalipsy” czyli „Zombie Survival”.

Zwiastun filmu

To jednak nie wszystko. Boyle wprowadza nowe elementy. Główny bohater, Jim, budzi się w szpitalu po tytułowych 28 dniach od uwolnienia morderczego wirusa (zwanego „rage” co tłumaczy się na szał/furia). Wraz z nim widzowie poznają wizję spustoszonego, „postapokaliptycznego” świata. Widz nad Jimem ma tę dodatkowo przewagę w postaci pierwszych scen, w których uwolniony zostaje wirus. Sam Jim początkowo łazi jak sierota po opustoszałym Londynie, nieświadomy zagrożenia. Zabójczy wirus działa za to bardzo szybko, dosłownie w 20 sekund zmienia człowieka w krwiożerczą bestię.

Co czyni akurat ten film o „zombiakach” wyjątkowym? Podkreślenie w wielu miejscach, że to nie wirus czy plaga zombie jest tak naprawdę największym zagrożeniem. Już w otwierających scenach mamy sporą dawkę przemocy serwowaną z telewizyjnych ekranów. Ta przemoc NIE jest wywołana wirusem. Później pojawia się istotna dla fabuły postać majora Westa, który na temat epidemii stwierdza po prostu, że ludzie zabijają ludzi i że już widział takie rzeczy, ot nic nowego.

Wkrótce okazuje się, że dla głównych bohaterów większym zagrożeniem okazują się zdrowi ludzie, niż ci zarażeni. Tymczasem Jim potrafi walczyć i zabijać zdrowych ludzi w takiej furii i szale, że w pewnym momencie Selena bierze go za jednego z zarażonych. Zatem czy to wirus zmusza do przemocy, czy tylko uwalnia coś, co siedzi w nas głęboko, stłumione ciepłą wodą w kranie i pełnymi półkami w sklepach? To jak politycy „skaczą sobie do gardeł” choćby przy układaniu list wyborczych czy forsowaniu ustaw, jest tylko mała próbką tego, do czego byliby zdolni w sytuacjach kryzysowych. Rewolucjoniści dokonujący masowych zbrodni byli takimi samymi ludźmi jak Wasi sąsiedzi, a może i wy sami… Może to straszne, ale niestety chyba prawdziwe.

Ciekawa jest tez kontynuacja, czyli „28 Weeks Later”. Morderczy wirus z „28 Days Later” działa z niezwykłą precyzją, jak wspomniałem każdego zamienia w krwiożercze zombie dosłownie w 20 sekund. Jest to w zasadzie jeden ze słabych punktów fabuły „28 dni później”, jeżeli traktować film w kategoriach fantastyczno-naukowych. Z jednej strony takie działanie niezależne od indywidualnej odporności, stan zdrowia czy predyspozycji genetycznych jest wręcz nieprawdopodobne, a z drugiej bardzo ułatwia kwarantannę i opanowanie epidemii. Właśnie tę lukę pierwszego filmu wykorzystuje „28 Weeks Later”, niespodziewanie (jak dla kogo) okazuje się, że na niektórych ludzi wirus działa inaczej…

Koniec spoilerów

Jeśli lubicie filmy o „zombiakach” i „postapo” to pewnie już oglądaliście zarówno „28 Days Later” jak i „28 Weeks Later”. Jeśli nie, to musicie nadrobić.

Komentarze

komentarzy

2 Komentarze

  • Yeri 24 sierpnia 2015 Odpowiedz

    Faktycznie, jeden z lepszych filmów o „żywych trupach” (bo to nie trupy tylko żywi, zainfekowani ludzie, zachowujący się jak klasyczne zombie).
    Motyw z tym, że największym zagrożeniem dla człowieka jest inny człowiek (nawet w czasie zombieapokalipsy) pojawia się w każdym dobrym horrorze po truposzach, najlepiej widać to w „Nocy żywych trupów”, tam same trupy są tak niezdarne, że prawie całkiem niegroźne, największe napięcie rodzi się między ludźmi zabarykadowanymi w domu, właściwie mogłoby się obyć bez zombie, mogłaby być po prostu nawałnica albo kryzys paliwowy byłoby tak samo strasznie 🙂
    Inny znakomity film o zombie to wg mnie „REC” (tylko część pierwsza!!! kolejne nie maja sensu). Tam jest podobnie- skołowani ludzie nie wiedzą co się dzieje i zaczynają panikować, pozostawiony sam sobie młody policjant prawie zaczyna strzelać do uwięzionych z nim ludzi próbując wywalczyć sobie autorytet. Świetnie też pokazana jest narastająca agresja uwięzionych w kamienicy przeciwko służbom wprowadzającym kwarantannę).
    O serialu „Walking dead” już nie wspomnę, to też jest nie tyle o zombie co wzajemnych relacjach pomiędzy ocalałymi, często bardzo napiętymi.

  • Szpieg 30 sierpnia 2015 Odpowiedz

    Widziałem i 28 dni później i 28 tygodni później raz i więcej nie zamierzam. Dobijają mnie te obydwa filmy jak cholera, nie jestem w stanie ich znieść.
    Podobny motyw (chyba zgapiony) jest w World War Z. Ten mi się podobał bo był pozytywniejszy, a do tego te zombiaki wspinające się na mury przypominają mi jak cholera tych czarnych ludów szturmujących Węgry i Eurotunel. Na youtubie jest notabene filmik jak toto szturmuje mur gdzieś w Maroku, no sceny jak z World War Z, naprawdę. Aż by się chciało ustawić na szczycie karabin maszynowy i naparzać w tych brudasów, to w gruncie rzeczy prawie jak zombie…
    Chwila, coś mówiłeś o normalnych ludziach dokonujących masowych zbrodni? 😛 Żaden problem, wystarczy odhumanizować mordowanych i wierzyć że robi się to dla wyższego dobra.

  • Szpieg 30 sierpnia 2015 Odpowiedz

    Albo dla bezpieczeństwa siebie, kraju, najbliższych.

  • Yeri 1 września 2015 Odpowiedz

    Ja natomiast odwrotnie- lubię „28 dni później”, natomiast nie cierpię „war world z”. Ten pierwszy podoba mi się, bo pokazuje opustoszałe miasto oczami bohatera który nie wie co się stało, potem skonfundowany nie radzi sobie w nowej rzeczywistości, korzysta z pomocy ludzi już z nią oswojonych, w końcu sam się adaptuje i zaczyna sobie radzić. Realne i optymistyczne to w pewien sposób (pisząc „realne” mam n a myśli same zachowanie bohatera, nie chodzi mi tu o takie smaczki jak on przeżył te 28 dni bez opieki czy takie kwiatki jak podpalenie zombie), fajnie pokazuje jednostkę wobec apokalipsy. Podoba mi się jak ocalali starają sobie radzić na różne sposoby, tak bym sobie mniej więcej wyobrażał ludzi podczas takiej sytuacji.
    „War world z” natomiast sensu najmniejszego nie ma. Bardziej przypomina to film pt „amerykański James Bond vs zombieapokalipsa”. Superagent ogarnia wszystko latając po całym świecie i wszędzie zdążając w ostatniej chwili, jest to tak głupie, ze szkoda o tym gadać. Warto zobaczyć film dla paru scen (ta scena o której pisze Szpiegu jest dla mnie bardzo symboliczna w bardzo niepoprawny politycznie sposób- zombie wdzierają się do Izraela z winy muzułmańskich uchodźców których przyjął Izrael, a którzy śpiewają swoje pieśni wbrew zakazom wojska, co mobilizuje zombie do skutecznego ataku), ale sam film jest idiotyczny.

  • Szpieg 1 września 2015 Odpowiedz

    Nota bene, dobrze Hauer że nie wspomniałeś tutaj o głośnej serii filmów Resident Evil.
    Matoł reżyser zrobił z tego filmy o zombie, i tym durnym zombie, scenom powielającym wszystko co milion razy widziało się w innych filmach o zombie, oraz debilnej, wymyślonej przez siebie postaci głównej bohaterki, podporządkował całe uniwersum gier, tworząc jedną z najgorszych parodii jakie widziałem. Zasrał tymi zombiakami dosłownie wszystko co się dało. Sprofanował i spłaszczył świat który kochałem i śledziłem z zapartym tchem przez niemal 10 lat.

  • Yeri 1 września 2015 Odpowiedz

    Si, filmowy Resident to porażka, pamiętam jak byliśmy w kinie na Nemesisie, śmieszne to było jedynie, szkoda gadać. Ja się z Residentem zetknąłem oglądając zapowiedź trzeciej części gry, niesamowicie dobry, strasznie mi się to spodobało, a ponieważ nie gram na kompie w gry to się ucieszyłem jak kilka lat później usłyszałem, że film jest. Rozczarowanie niestety było straszne.

  • Szpieg 2 września 2015 Odpowiedz

    Czasem warto pograć w gry, bo w świetle tego że kino schodzi na psy i wyłącznie odgrzewa kotlety, albo robi szajs dla gimbów, to w grach (zwłaszcza tych starszych) można znaleźć niesamowite historie i inspiracje, choćby i do sesji.
    (Bardzo np. lubię grę Wiedźmin, bo większość postaci wygląda w niej tak jak sobie je wyobrażałem czytając.) A Resident to w sumie od 1998 do 2009 kilkanaście części gier, gdzie powiązania między wydarzeniami i postaciami wychodzą czasem dopiero kilka gier do przodu, a czasem wcale można ich nie zauważyć jak się nie szuka. Zombie tam to tylko efekty uboczne wypadków laboratoryjnych, w rzeczywistości w tym chaosie jest drugie dno, chodzi o zmutowane superbronie w stylu Nemesisa czy Tyranta, rywalizację potężnych indywiduów, stworzenie rasy nadludzi – i to z tym gracz walczy. Umbrella pada już po RE3, a bohaterowie i ich wrogowie tych zombi praktycznie nie zauważają. (Później to już nawet nie są zombi, tylko zainfekowane pasożytem mutanty, a w filmach zrobili z tego po prostu „zombi z paszczą”…). I oczywiście zawsze na końcu każdej gry czarny charakter epizodu wstrzykuje coś sobie i widowiskowo mutuje 🙂 Nie zmienia się w pierdolone, żałosne zombi.
    Ale powstało też kilka części, gdzie gra się zwyczajnymi ludźmi – kelnerką, ochroniarzem itp – i zadaniem jest tylko przeżyć i dotrzeć z A do Z, bez pojęcia o „drugim i trzecim dnie” sprawy. Odświeżająca zmiana klimatu. Jest też część gdzie grasz czarnymi charakterami – drużyną komandosów Umbrelli mająca posprzątać, ścierasz się wtedy z bohaterami.
    Piszę do 2009, bo wtedy twórcom coś odbiło, w RE5 zrobili z głównego złego wariata w stylu czarnego charakteru z Jamesa Bonda i zabili go ostatecznie – a ta postać i niejasność jej celów spajała wszystko. Od tego czasu seria zeszła na psy, szóstka dostała w dupę i teraz umiejscawiają akcję ” w czasach przed piątką”, już dwie takie powstały.

    Eh, łezka się kręci:

    https://www.youtube.com/watch?v=X4cP78vKd4o&list=FLcTVuCcaxP75couu6hVpLzw&index=3

  • Yeri 2 września 2015 Odpowiedz

    To mi się najbardziej własnie podobają te akcje z grą kasjerką czy ochroniarzem, co nie wie nic o intrygach, po prostu się budzi w świecie pełnym zombie i musi jakoś przeżyć. Jeśli potem przypadkiem wpadnie na trop spisku to ok, ale tacy zwykli ludzie w nowej rzeczywistości to jest fajna kanwa filmu. Znalazłem zwiastum który mi się tak spodobał 10 lat temu:
    https://www.youtube.com/watch?v=GmYCm5i0ZWU

  • Szpieg 2 września 2015 Odpowiedz

    Ano, zwiastun genialny, chyba najlepszy w całej serii, choć trochę podkoloryzowany, bo w grze M-16 kosi zombiaki jak zboże 😉
    Ale ładnie widać, jak nagła plaga zombi kasuje małe senne miasteczko, a co za kulisami plagi było wychodzi dopiero w kolejnych, nie numerowanych częściach gry. Ja właśnie lubię, jak za chaosem i bezmózgim kataklizmem ktoś/coś jednak stoi, ale jak wyłazi to bardzo stopniowo i ma głębszy sens niż „a bo ja chcę zniszczyć świat, mła ha ha ha ha!”.

  • Yeri 3 września 2015 Odpowiedz

    Dokładnie. Też lubię jak się wyjaśnia skąd się co wzięło (bo teraz jest plaga filmów i seriali żeby nic nie wyjaśniać). Miałem nadzieję, że tak będą filmy wyglądały- zombieapokalipsa w sennym miasteczku, bohaterowie walczą o przetrwanie, sceny jak ze zwiastuna, w końcu trafiają na jakiś ślad intrygi i jak już myśleli, że przetrwają to zaczyna się nowe piekło z Nemesisem, ale to prowadzi ich do rozwiązania zagadki. Klasyczne, ale znakomite by to było. A co wyszło z tych filmów to wiesz.

  • Szpieg 5 września 2015 Odpowiedz

    Widzieliśmy co wyszło, ale ja dodatkowo wiedziałem co mogło wyjść, a co zjebali w tym filmie i w jedynce, (a kolejnych już nie komentuję bo całkiem odleciały od gry, tylko postacie i potworki się mniej więcej zgadzają, wrzucone w ten chaos przypadkowo i z dupy, czasem w przeciwstawnych obozach niż faktycznie były.)
    Najlepszy przykład – ten gościu:
    https://www.youtube.com/watch?v=RmFBpLJcSrk

    W grze – od lat dla Umbrelli wspólnie z Weskerem opracowywali kolejne wirusy w podziemnym kompleksie pod miastem Racoon, po wydarzeniach z jedynki (a także z „zerówki” która wiele wyjaśnia), kiedy okazało się że incydentów w lesie i dworku nie da się ukryć i będzie koniec z Umbrellą, postanowili Umbrellę zdradzić i uciec z wynikami. Wesker zdążył, ten chciał jeszcze dokończyć badania nad nowym wirusem G (ten co zamienia w zombiaki to T), ale komando wysłane przez szefa Umbrelli śmiertelnie go raniło i zabrało próbki wirusa T. Facet umierając wstrzyknął sobie G, zmutował w jednego z najwredniejszych potworków serii i zaczął ich gonić, wybił ich do nogi, ale wirus T się stłukł, a szczury rozniosły go po Racoon. Tak się zaczęła plaga zombi. Tymczasem potwór, mutując bez przerwy w coraz większego i brzydszego, zapragnął dopaść swoją córeczkę, celem kopulacji i rozmnożenia gatunku. Ściga ją i bohaterów praktycznie całą 2 część gry, do spółki z Nemesisem (części 2 i 3 dzieją się równolegle) i Tyrantem wysłanymi przez Umbrellę. Na końcu mutuje w bloba wielkości pociągu. Gdzieś tam pod nogami pętają się zombi.

    W filmie Nemesis – ta postać to biedny doktorek który opracował tego wirusa bo chciał uleczyć swoją śmiertelnie chorą córcię, zmusza bohaterów by ją ratowali obiecując wyprowadzić ich z miasta, na końcu zostaje zastrzelony przez dodanego przez reżysera jakiegoś tam komendanta Umbrellli (tego co zbudował mur wokół miasta wielkości Nowego Jorku i chciał zrobić Mortal Kombat Nemesisa z Millą J.), i … zamienia się w zombi.

    Noż kur….

    Ta gra RE Outbreak, gdzie grasz zwykłymi ludźmi, dzieje się równolegle z 2 i 3, ale tam tylko faktycznie dotykasz tej kwestii powierzchownie, a ostatnim bossem jest np. poraniony już wcześniej przez głównych bohaterów Tyrant. Równolegle dzieje się też ta RE Operation Racoon City, gdzie komando Umbrelli ma np. ustalić co się stało z wybitą drużyną, ubić bohaterów, uniemożliwić ucieczkę cywilom, albo „naprawić” Nemesisa któremu coś się poprzestawiało w procesorze (ale najpierw trza go obezwładnić więc to walka z bossem :P).
    Masa fajnych patentów, a w tle oczywiście zombi. Ale sensownie wprowadzone w klimat.

  • Yeri 8 września 2015 Odpowiedz

    Szpieg, Ty w temacie, jest jakaś gra dobrze przeniesiona na film? Niekoniecznie dosłownie, ale dobrze? Sillent Hill to na podstawie gry było?

  • Szpieg 8 września 2015 Odpowiedz

    Hm, naprawdę trudno powiedzieć. To w dużej mierze subiektywny ranking, bo mnie np może się przeniesienie danej gry podobać, albo uznam film za sprawnie zrobiony, a ortodoksyjni fani i tak powiedzą że to szajs, bo to czy tamto – i trudno żebym ich za to winił, bo sam jestem ortodoksyjnym fanem Residenta – i jak ktoś mówi że przecież ładne potworki, ładne efekty i Milla fajnie się rusza, to ja i tak mam ochotę go wyśmiać.
    Według mnie najfajniejszą ekranizacją gry jest pierwszy Mortal Kombat z 1995 roku (i pomyśleć że zrobił go ten sam typ co teraz niszczy Residenta… no ale potem zrobił Mortal Kombat 2 i ten jest już szajsem w stylu właśnie jego Residenta).
    Silent Hill jest na podstawie gry i to jednej z najbardziej przerażających gier jaka wyszła. W filmie ładnie oddali potwory i samo miasto, z tym klimatem nagłej przemiany w „świat horroru” gdy zawyje syrena. Gra jest oczywiście dużo bardziej przerażająca, zobacz sobie filmiki z najnowszych części (już chyba 6 czy 7 jest), i wyobraź sobie że grasz sam w ciemnym pokoju 😛 Niestety, w filmie porąbali fabułę w stylu filmowo-residentowym i strasznie ją spłycili, jak również postacie też pospłycali. Ale jeszcze w miarę film się broni w porównaniu z 2 częścią, która jest z dupy.
    Mnie podobał się jeszcze Doom, ale już ortodoksyjni fani go jechali za sporą zmianę w stosunku do świata gry – chodzi o pochodzenie potworów, w grach przełażą prosto z piekła (w ogóle strasznie sataniczny klimat mają te gierki), a w filmie zrobili z tego jakieś eksperymenty genetyczne.
    Pozwól że pominę Boskiego Uwe Bolla i tego co on zrobił z moją ukochaną Bloodrayne (i jeszcze moją ulubioną aktorkę w to wmieszał…). Potem ponoć powstały jeszcze dwie części, już z inną laską, ale tych na szczęście nie widziałem. W ogóle ten facet bezcześci każdą grę jakiej się dotknie.
    Generalnie, jak pomyśleć, to ekranizacje gier to nie najlepszy pomysł. Zwłaszcza z perspektywy samych graczy, bo ci zawsze będą niezadowoleni. Chciałbym żeby ktoś zekranizował trylogię Mass Effecta, ale że sama gra jest genialna, to zapewne tak by ją zjebali że by się nie dało oglądać jak Residenta, więc lepiej że nie ekranizują.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook